
Dobra lektura to niezawodny sposób, by się zrelaksować, a wakacje to najlepszy czas, by nadrobić zaległości czytelnicze. Dlatego Dove oraz wydawnictwo Znak polecają książkę: "Lustereczko powiedz przecie..." dr Lindy Papadopoulos. Dowiecie się z niej, czym jest prawdziwe piękno, jak pokonać kompleksy i poprawić własne odbicie w lustrze.
Jak widzę siebie
Spokojnie - dasz radę... Weź głęboki oddech i myśl o czymś miłym. No dobrze - jestem w damskiej przymierzalni. Wokół mnie trzy ogromne lustra, nad głową sześć świetlówek. Jaki chory umysł wpadł na pomysł, żeby w przymierzalniach instalować świetlówki? Jeśli zobaczę każdą krostę na twarzy, to nie zniosę myśli o widoku tyłka! Chcą nam sprzedać ciuchy, czy wzbudzić dziką chęć ucieczki i podłączenia się do przemysłowego odsysacza tłuszczu!? W dodatku ta głupia szmata, która ma robić za drzwi, jest stanowczo za wąska Sprzedawczyni o wyglądzie elfa ciągle się tu gapi. Wyprowadza mnie z równowagi. Pewnie ma ochotę podejść tu po raz trzeci i zapytać, czy jednak chcę przymierzyć większy rozmiar.
Dobra. Zrobię to. Jeśli ja nie jestem w stanie spojrzeć na siebie w bikini, to na pewno nie uda się to innym. Skupię się na twarzy, kiedy będę ściągać spodnie... Jezus Maria - jakież ja mam wągry na nosie! (Pamiętaj: kupić morelowy peeling do twarzy.). Spodnie ściągnięte, wkładam majtki z kostiumu i teraz patrzę na stopy... Niezłe, choć na drugim palcu od prawej widać resztki różowego lakieru z zeszłego miesiąca. (Pamiętaj: kupić zmywacz do paznokci.). Podnoszę wzrok na kostki - raczej pulchne, ale nadal kształtne... I znacznie bardziej włochate niż dzisiaj rano pod prysznicem. (Pamiętaj: kupić wosk do depilacji.). No dobrze! Kolana. Robi mi się coraz słabiej, cellulit dotarł już do kolan! Nogi mam jak dwa blade serdelki. (Pamiętaj: kupić wszystkie balsamy na cellulit dostępne na rynku i porozmawiać z lekarzem o środkach na depresję.). Cóż, w każdym razie nie może już być gorzej - później będzie lżej (w moim przypadku o jakieś kilkanaście kilogramów). Spojrzę na pupę. O MÓJ BOŻE! W zeszłym roku nie było aż TAK źle. Teraz pośladki wypływają z bikini jak roztopiony ser na suflecie mamy. Czy coś poza drożdżami może tak szybko rosnąć?
Spokojnie. Bez paniki. Przyniosłam do przymierzalni sarong, bo wiedziałam, że tak będzie. Do niczego. Wyglądam, jakbym coś ukrywała - owinęłam suflet grubą warstwą ciasta francuskiego. (Pamiętaj: już nigdy w życiu nie jeść sera.). Straciłam nie tylko ochotę na zakupy, ale i ochotę do życia, a jednak jakiś masochistyczny głos kusi, żebym przymierzyła stanik. Wkładam stanik i otwieram oczy. Kiedy próbuję wciągnąć obwisły brzuch, z rozpaczą zdaję sobie sprawę, że jeśli mam zamiar oddychać, to będzie wystawać dość znacznie. Podnoszę ramiona, żeby piersi jędrniej wyglądały. W miejscu tricepsów zwisają bezładne kawałki mięsa.
W pośpiechu wkładam ubranie i wychodzę z przymierzalni. Czuję się przygnębiona i pokonana. Oddaję wstrętne bikini dwunastoletniemu elfowi i na odchodnym słyszę jego słowa...
- W przyszłym tygodniu spodziewamy się dostawy jednoczęściowych kostiumów w dużych rozmiarach. Proszę do nas zaglądnąć!
Poczucie winy i język, jakim mówimy o diecie
Poniedziałkowy ranek - siedzę w pracy na internecie. Zbyt zestresowana, żeby pracować. Próbuję wykombinować, jak przyciągnąć uwagę Jamesa. Odkrywam stronę pod nazwą Fab Fasfion, zamawiam trzy nowe bluzeczki, dwie spódnice i sukienkę w rozmiarze S (Choć jeszcze mi do niego daleko, jestem przekonana, że wkrótce będę go nosić. Rozpoczęłam nową dietę, która stosuje obsada "Przyjaciół" - musi zadziałać.) Szukam porad Jeniffer Aniston na temat mody, kiedy nagle zauważam, że Marek (niezbyt przystojny facet z działu Jamesa) znowu kręci się przy moim biurku. Od jakiegoś czasu nachodzi mnie z nienacka i zadaje dziwne pytania o arykuły papiernicze. Czuję, że patrzy mi przez ramię, więc czym prędzej próbuję zmienić stronę. Za późno. Słyszę jak mówi
- Ładna sukienka.
- Szukam materiałów do najnowszej kampanii reklamowej.
- Aha... Ładnie byś w niej wyglądała. Może chcesz kolorowe karteczki samoprzylepne? W szafce znalazłem zielone i różowe.
- Nie, dzięki. Mam.
Uśmiecha się, mruga dwa razy (chyba ma tik nerwowy) i odchodzi. Burczy mi w brzuchu. Patrzę na zegarek i obliczam, że do przerwy obiadowej zostały trzy godziny i piętnaście minut. Próbuje wzbudzić w sobie motywację, skandując w myślach: "Robisz to dla Jamesa. Chcesz schudnąć i być piękna!". Ale jakoś nie pomaga - czuję, że żołądek coraz rozpaczliwiej domaga się jedzenia. Sięgam do szuflady, w której trzymam najróżniejsze tuczące smakołyki i wdycham zapach chipsów serowych. Pachną tak smakowicie. Przecież mogę się rozkoszować tym pomarańczowym serowym zapachem, byle tylko nic nie zjeść. Wkładam głowę pod biurko, żeby porządnie się zaciągnąć, gdy nagle słyszę nad głową męski głos.
- Sarah?
- Nie, nie chcę żadnych kolorowych karteczek. Dzięki! - odszczekuję. Podnoszę głowę. Nade mną stoi James. - Przepraszam... Czy coś się stało?
- Chciałbym, żebyś podpisała te... Eee... Masz coś pomarańczowego w nosie.
Dramatycznym gestem wyjmuję kawałek serowego chipsa z lewej dziurki. Mam ochotę wczołgać się pod biurko. James pewnie ma mnie za kompletną idiotkę. Żadna dieta nie zamaże wizji, z którą przed chwilą przyszło mu się skonfrontować. Chcąc jakoś wyjść z tej poniżającej sytuacji, wyrywam mu papiery z ręki i ze złością mówię, że może sobie już pójść. Odchodzi z tym samym wyrazem osłupienia na twarzy, który tak często widzę, gdy ze sobą rozmawiamy. Opadam na krzesło, przeklinając wytwórnię serowych chipsów.
Obraz własnego ciała
Budzę się cała w stresie. Nie mam co na siebie włożyć! Tyłek nadal we wszystkim wygląda grubo, mimo sześciu dni diety niskowęglowodanowej. Ubieram czarną, szeroką sukienkę. Jest szansa, że w takim namiocie wezmą mnie za ekscentryczną przedstawicielkę bohemy, a nie za babę z piętnastoma kilogramami nadwagi i obsesją na punkcie czekolady. Przed pracą wstępuję do Starbucks. Na wystawie mają owoce, ale nie pamiętam, czy jabłka to węglowodany, więc zamiast nich kupuję mufina z podwójną czekoladą. Połykam go szybko paroma kęsami. Im szybciej dotrze w dół przełyku, tym bardziej prawdopodobne, że moje komórki tłuszczowe go nie zauważą.
Wchodzę do metra i siadam. Z przerażeniem widzę, że lewe udo wystaje poza granicę siedzenia i niebezpiecznie zbliża się do nogi wytatuowanego punka. Ciekawe, czy ktoś zauważył mój niezdyscyplinowanie wielki zad (pewnie wszyscy myślą, że z takimi udami powinnam zacząć biegać do pracy, a nie zajmować tyle miejsca w wagonie - i po co jadłam tego cholernego mufina?!).
Wreszcie wchodzę do biura, gdzie trzy chude panienki (pewnie Marzena, Mariola i Mirella) omawiają plany wakacyjne na lato. Jedna żartuje, a pozostałe się śmieją. Tak przynajmniej mi się wydaje, bo trudno cokolwiek wyczytać z twarzy, z których botoks wyparł zdolność wyrażania jakichkolwiek uczuć poza tępym spojrzeniem znudzonej złotej rybki. A jednak się śmieją - sugeruje to pionowy ruch żeber wyraźnie rysujących się pod obcisłymi bluzeczkami.
Siadam za biurkiem i zaczynam się stresować perspektywą wakacji. Znowu zatęsknię za modą na workowate kostiumy kąpielowe do kostek. Z zamyślenia wytrąca mnie zabójczo przystojny James Blazen, kierownik działu rachunkowości. Pyta o fakturę Strazzo. Ciekawe, jak wygląda w slipkach... To nie fair, że nigdy się mną nie zainteresuje, bo nie jestem ani dość ładna, ani dość chuda. Robi mi się przykro, że odrzuciłby mnie na podstawie czegoś tak powierzchownego jak wygląd, więc odpowiadając, spoglądam na niego ze słusznym gniewem. Osłupiały odchodzi, mrucząc coś pod nosem.
Nadchodzi pora lunchu, a ja postanawiam trzymać się ścisłej diety (choć odpuściłam sobie już przy mufinie, kawie latte i naprawdę niewielkiej torebce chipsów o smaku serowo-cebulowym). Idę do pobliskiego baru kanapkowego i zamawiam sałatkę z tuńczykiem bez pieczywa. Owłosiony Włoch flirtuje ze mną (pewnie dlatego, że przypominam mu matkę). Nie pamiętam, kiedy miałam taką depresję.
Wracam do biura i szukam w internecie informacji, gdzie można sobie zrobić liposukcję. Zniechęca mnie szczegółowy opis procesu odsysania tłuszczu. Specjalista zastrzega, że tłuszcz powróci, jeśli nie będę pilnować diety i ćwiczeń. Zamiast tego czytam przepis na ciasto czekoladowe. Czekam na piątą. Doczłapuję do domu, po drodze kupuję butelkę Lambrusco i mieszankę łakoci. Resztę wieczoru spędzam przed telewizorem z butelką wina. Opycham się słodyczami i marzę o sobie szczuplejszej i ładniejszej.
Starzeć się z godnością
Znaczną część weekendu spożytkowałam na ignorowanie wiadomości zostawianych przez siostrę na sekretarce. "Dzwonię zapytać, jak ci poszło w burze matrymonialnym. Amelia trochę się martwi, że twój opis nagrany na kasecie odbiega od rzeczywistości". Postanowiłam zaczerpnąć świeżego powietrza i poszłam na spacer. W pobliskiej perfumerii wpadłam na kobietę w białym fartuchu z różową tubką w ręku.
- To, moja droga, usunie te straszne kurze łapki i zmarszczki mimiczne jak za pociągnięciem magicznej różdżki - powiedziała.
W pierwszym odruchu nie poczułam uniesienia. Nie spodziewałam się, że mowa ciała i ptactwo domowe tak bardzo zrujnowały mi twarz. Jednak słuchałam jej dalej. Stwierdziła, że mając dwadzieścia albo trzydzieści lat mogłam chodzić po mieście z tuszem roztartym na powiekach, ale w okolicach czterdziestki...
- Mam trzydzieści dwa lata! - odpowiedziałam, piorunując ją wzrokiem.
- Tak, tak, moja droga - kontynuowała. - Chodzi mi o to, że musisz zacząć dbać o cerę, jeśli chcesz młodo wyglądać.
- Po co miałabym wyglądać młodo? - zapytałam, chyba głównie z nudów.
- Ależ moja droga, kobieta musi wyglądać młodo i pięknie, jeśli ma się czuć ze sobą dobrze, wierzyć w siebie... no i oczywiście zatrzymać przy sobie mężczyznę. Weźmy mnie na przykład. Mam pięćdziesiąt siedem lat, a większość znajomych twierdzi, że wyglądam najwyżej na trzydzieści pięć. Bo ja wkładam w to dużo czasu i wysiłku.
Kiedy tak słuchałam Cillii, pięćdziesięciosiedmioletniej trzydziestopięciolatki w białym fartuchu, rozprawiającej o swojej filozofii i skrzywionych feministycznych ideałach, pomyślałam, że otaczają mnie buteleczki i tubki pełne kompleksów, jakie wszystkie nosimy w sobie. Starość przeraża, może nawet bardziej niż oponka na brzuchu czy cellulit na udach. Zmarszczki nie informują o tym, że od jakiegoś czasu chodzimy po świecie, lecz raczej o tym, że dalej nie mamy już specjalnie dokąd iść. Bycie starym oznacza, że miało się już swoje pięć minut, a teraz trzeba ustąpić miejsca młodszym. Nie jest się miłym dla oka, więc lepiej mieć coś ciekawego do powiedzenia, jeśli chcemy przyciągnąć uwagę innych. Tracimy dawne znaczenie po przekroczeniu powszechnie przyjętej granicy wieku. A - co najgorsze - starość jest nieunikniona, więc gdy osiągniemy wiek Cilii, musimy albo młodo wyglądać, albo poddać się hibernacji, bo nasza wartość gwałtownie spada. Nie przestawałam słuchać peanów na cześć różowej tubki. Kupiłam tyle kosmetyków, że mam gwarancję trwałego nawilżenia ciała przez następne pół roku. Owszem, Cilla wzbudziła we mnie lęk przed starością. Ale przede wszystkim chciałam dać jej poczucie, że jest dobra nie tylko w robieniu się na trzydziestopięciolatkę.