|
Zwykły dzień.
Siódma rano, budzik odzywa się w przeciwległym kącie sypialni. W przeciwległym - tak, bym musiała wstać z łóżka i zrobić kilka kroków zanim go wyłączę. Inaczej pewnie pacnęłabym go w guzik i spała dalej. Ziewając i przecierając oczy zaliczam kolejno korytarz, łazienkę, kuchnię i, umyta, z kawą w ręku, wkraczam do pokoju, który o tej porze pełni funkcję mojego biura. Komputer reaguje na mój widok cichym szemraniem, ping! - nowa wiadomość, od Niego: "Dzień dobry, kochanie, miłego dnia." Sprawdzam co nowego na świecie, uruchamiam kolejne programy, migają ikonki, banerki. W rękę szturcha mnie zimny, miękki nos: "Czyżbyś o mnie zapomniała?". Nie zapomniałam, piesku, już idziemy. Jedenasta rano, serwisy informacyjne przejrzane, tematy wybrane, czas pisać. Dzisiaj tematem przewodnim jest serotonina, neuroprzekaźnik odpowiedzialny za nasze dobre samopoczucie. Najwyraźniej mi go nie brakuje. Palce stukają w klawisze, na monitorze stopniowo ukazuje się gotowy artykuł. Jeden, drugi... Wybieram zdjęcia, dopisuję krótkie notki dla redaktora prowadzącego, wysyłam e-mail i, drapiąc za uchem psa, gratuluję sobie decyzji porzucenia stałej pracy w redakcji na rzecz statusu wolnego strzelca. Jest dopiero piętnasta godzina, a ja już jestem wolna! I zamierzam to wykorzystać. Wracając ze spaceru z psem wstępuję do sklepu i kupuję świeże warzywa, owoce i butelkę białego wina. Z nieba leje się żar, wstawiam wino do lodówki, warzywa na kuchenkę, owoce stawiam w moim biurze, które na ten czas staje się salonem. Już prawie siedemnasta, za chwilę On wróci z pracy, na pewno miał ciężki dzień, muszę się pospieszyć! Dwudziesta, siedzę w bawialni, wcześniej salonie, a jeszcze wcześniej biurze i smętnie dłubię widelcem w wystygniętej zapiekance warzywnej. Obok napoczęta butelka chordonnay, dwa kieliszki, z których tylko jeden napełniony, przebiegam pilotem po kanałach, nic ciekawego. Dwudziesta druga. Gdzie On jest, u licha? Dlaczego jeszcze nie przyszedł? Czy coś mu się stało? Ile czasu musi upłynąć, żeby zgłosić zaginięcie? Jego komórka milczy, abonent niedostępny. Ma kochankę! Nie, wywieźli go do lasu i zamordowali! Ale kto? I dlaczego!? W butelce widać dno. Dwudziesta trzecia trzydzieści, drzwi stukają, chyba przysnęłam, zrywam się na równe nogi. "Gdzie byłeś?" - krzyczę - "Ja tu się zamartwiam, policję chce wzywać..." "No jak to, kochanie? Przecież zostawiłem Ci na lodówce wiadomość, że mam dzisiaj dyżur."
Karolina
» powrót do konkursu
|