|
20. Alfred z Warszawy
Trzy dni z Rusałką
W trakcie przeglądania i porządkowania szuflad z drobiazgami, co robię systematycznie, ale rzadko, nagle wpadło mi w ręce dawno nie widziane zdjęcie. Zdjęć w ogóle zgromadziłem tysiące, jednak to było jedyne w swoim rodzaju. Czarno-białe, dość dużego, nietypowego formatu, przedstawiało dziewczynę odzianą jedynie w skąpe bikini, leżącą obok wygasłego ogniska. Z drugiej strony siedział po japońsku starszy mężczyzna; sądząc po więcej niż skromnym ubraniu, bacie w ręku oraz stadzie bydła w tle - pastuch. W górze uchwycony był w locie bocian z majestatycznie rozpostartymi skrzydłami. Całość miała w sobie specyficzny, nostalgiczny urok, trudniej uchwytny na błyszczących i olśniewających kolorami fotografiach. Powróciły w pamięci wydarzenia sprzed kilku lat.
Dzień pierwszy
Wałęsałem się po obrzeżach jeziora. Ostatnie dni przed mazurskim wypadem były dla mnie ciężkie do zniesienia. Przebrnąłem jakoś przez sesję egzaminacyjną, a teraz starałem się dojść do siebie po rozstaniu z A., po wspólnie spędzonych dwóch latach. Pokładałem w naszej znajomości nadzieję na dłuższy, może już stały związek, ale w ostatnich miesiącach zaczęło się między nami wszystko psuć, aż nastąpił koniec. Szukałem zapomnienia. Dlatego dałem się namówić paczce znajomych na kilkunastodniowy wypad nad jeziora. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że jestem jedynym "solistą". Teraz patrząc na rozognione wzajemne spojrzenia trzech par i wyobrażając sobie ich gorące, nie tylko z powodu panujących upałów, noce - zaczynałem żałować, że dałem się wrobić w ten wyjazd. Z drugiej strony, pogoda i bliskość jeziora zachęcały do korzystania z ich uroków. Uwierała mnie jednak pozycja samotnego strzelca. Po dwóch dniach spędzonych grupowo postanowiłem wyrwać się gdzieś samotnie. Irytowały mnie rozpromienione zadowoleniem twarze, niedwuznaczne spojrzenia i gesty, ledwo zakryte, opalone ciała dziewczyn, wieczorne uściski przy ognisku, a później. szepty, westchnięcia i okrzyki nocnych uniesień.
Następnego dnia, rankiem wyślizgnąłem się po cichu z mojego namiotu. Wziąłem tylko aparat fotograficzny i wiatrówkę. Ruszyłem przed siebie, trzymając się orientacyjnie brzegu jeziora. Szedłem, z kilkoma przystankami poświęconymi na zrobienie zdjęć, około dwóch godzin, gdy trafiłem na miejsce, które zaciekawiło mnie na tyle, że postanowiłem zatrzymać się na dłużej. Otoczenie było wyjątkowe; las, dochodzący wcześniej prawie do lustra wody, cofnął się o kilkadziesiąt metrów, tworząc jakby zatoczkę z niewielką, piaszczystą plażą. W odległości paru metrów od wody leżało kilka zwalonych pni drzew, na których można było wygodnie spocząć. Podszedłem do jeziora i zanurzyłem dłonie, ale wydało mi się jeszcze zbyt chłodno na kąpiel, postanowiłem więc zaczekać na dogodniejszy moment. Zrzuciłem z siebie ubranie i - w samych kąpielówkach - rozłożyłem się nieopodal. Ogarnęło mnie błogie ciepło w niczym niezmąconych promieniach słonecznych; trwałem w tym rozkosznym bezruchu. Nie wiem, jak długo tak leżałem, gdy nagle jakiś cień przesłonił mi słońce. Zaraz potem usłyszałem słowa wypowiedziane niskim, ale niewątpliwie niemęskim głosem.
- Co tutaj robisz?
Chciałem coś odburknąć, ponieważ pytanie wydało mi się jak najbardziej nie na miejscu. Otworzyłem oczy i, mrużąc je w świetle słońca, zobaczyłem przed sobą ją. Stała nade mną dość wysoka i szczupła, bosonoga dziewczyna, ubrana w lekką, przewiewną sukienkę, spod której przeświecał kostium kąpielowy. Włosy miała upięte na czubku głowy, co nadawało jej dziewczęcej postaci wyraz jakiejś powagi. Była chyba w podobnym do mojego wieku; mogła mieć dwadzieścia parę lat. W pierwszej chwili nie mogłem dokładniej jej się przyjrzeć - słońce zbyt mnie oślepiało.
- Nie wiedziałem, że wkroczyłem na twój teren - moja słowna reakcja była bardziej stonowana niż planowałem, odpowiednio do zjawiska, jakie miałem przed sobą.
- To mój matecznik, moje królestwo - mówiła dalej po chwili przerwy, głosem spokojnym, ale pełnym jakiejś determinacji, co uzmysłowiłem sobie dopiero po pewnym czasie.
Nastała chwila milczenia. Nie odchodziła, jakby na coś czekając. Na co? Z pewnością, żebym sobie poszedł. I chociaż, gdy mogłem dokładniej się jej przyjrzeć, wydała mi się teraz zjawiskowo piękna i samo patrzenie na nią było czystą przyjemnością, sięgnąłem po ubranie i zacząłem zbierać się do odejścia. Dziewczyna widząc, że moje zamiary są jednoznaczne, zmieniła ton - chciała widocznie sprawdzić moją reakcję na swoje słowa.
- No, nie obrażaj się, nie chciałam cię urazić. Jeżeli chcesz, możesz tu zostać, chociaż nie szukam towarzystwa, tylko nie mąć tego spokoju i. nie dziw się niczemu.
Nie czekając na moją odpowiedź, ruszyła w stronę wody. Zaintrygowany jej słowami usiadłem znowu - nie da się ukryć, że gorliwie - i nie spuszczałem z niej wzroku. Zastanawiałem się przez chwilę, w jaki sposób podeszła do mnie tak bezszelestnie, ale teraz widząc ją poruszającą się lekko i zgrabnie, nie dziwiłem się. Właściwie płynęła, sunąc drobnymi, bosymi stopami po bladożółtym piasku. Dostrzegłem jakieś pozostawione przez nią na brzegu drobiazgi. Zatem musiała nadejść od strony jeziora, dlatego jej nie słyszałem. Tymczasem ona zdjęła sukienkę i została w samym, mocno wyciętym, kostiumie kąpielowym. Rzuciła przy tym na mnie długie, taksujące spojrzenie. Chciała sprawdzić moją reakcję?. Starałem się zachować kamienną twarz, ale jej widok robił na mnie większe wrażenie niż dawałem po sobie poznać. Po prostu - bardzo mi się podobała. Miała wysmukłe, opalone ciało, które nie podziałałoby chyba tylko na wielbicieli barokowych kształtów, a ja się do nich nie zaliczałem. Patrzyłem zafascynowany, jak powoli sięga do leżącej na piasku torby i coś z niej wyjmuje. Następnie weszła po kolana w wodę i zaczęła kogoś nawoływać, ale robiła to przyciszonym głosem, więc nie mogłem zrozumieć jej słów. Po dłuższej chwili z zarośli nieopodal wychyliły się dwa łabędzie i - zawahawszy się przez moment (czyżby na mój widok?) - ruszyły w jej kierunku. Gdy tylko podpłynęły blisko, zaczęła karmić je, rzucając to "coś" do wody. Łabędzie skwapliwie pracowały dziobami, a po zakończonej uczcie rozpoczęły rodzaj tańca wokół swojej karmicielki. Krążyły wokół niej, jak gdyby chciały ją zachęcić do dalszej zabawy w jeziorze. Jeżeli o to im chodziło, to wysiłki ich zostały nagrodzone, ponieważ wkrótce zanurzyła się cała i popłynęła razem z nimi. Przyglądałem się im z nieukrywanym zdumieniem, bo widowisko wydawało się być czymś całkiem nierealnym, wręcz bajkowym. Minęło pewnie kilkanaście minut, nim dziewczyna zawróciła w stronę brzegu. Ptaki "odprowadziły" ją kawałek, po czym oddaliły się do szuwarów, skąd wcześniej przypłynęły. "Rusałka" (tak zacząłem ją w myślach określać) wychodziła powoli z wody; idąc rozpuszczała włosy koloru ciemnoblond, chociaż teraz, mokre, wydawały się niemal czarne. Szła rozbryzgując przybrzeżną falę, oddychając głęboko po kąpieli. W mokrym bikini, ciaśniej opinającym jej zgrabną figurę, jeszcze bardziej przyciągała mój wzrok. Wyjęła z torby duży ręcznik i wycierając się podeszła do mnie. Pierwszy raz zauważyłem na jej twarzy lekki uśmiech. Nie mówiłem nic, nie chcąc psuć dziwnego nastroju, w jaki wprawiło mnie widowisko, którego byłem świadkiem. Odezwała się pierwsza.
- Jesteś chyba chłopakiem w porządku.
- Dlaczego tak sądzisz?
- One to wiedzą lepiej - skinęła głową w stronę niewidocznych już ptaków, - gdyby coś z tobą było nie tak, nie podpłynęłyby do mnie. Są nieufne; ze mną zaprzyjaźniły się, ale też nie od razu. Zresztą, nie tylko one. - dokończyła tajemniczo.
- Musisz poświęcać im i temu miejscu sporo czasu.
- Nie tak dużo, jakbym chciała.
- Bywałem już nieraz w tych okolicach, łaziłem tu i ówdzie, ale ten zakątek widzę pierwszy raz - a jest uroczy. Jak to możliwe, że nigdy wcześniej tu nie trafiłem?
- Widocznie nie byłeś na to gotowy, a wiem jedno - nie każdy może się tutaj łatwo dostać. Teraz muszę już iść.
Chciałem coś powiedzieć, a właściwie zaproponować, że ją odprowadzę - chociaż nie miałem pojęcia dokąd. Przerwała mi, zanim zdążyłem się odezwać.
- Miły z ciebie chłopak, ale nie chodź za mną. Może jeszcze znajdziemy okazję do rozmowy.
A ja odniosłem w tym momencie dziwne wrażenie, że Rusałka czyta w moich myślach. Pozbierała swoje drobiazgi, przerzuciła przez ramię sukienkę i ruszyła w stronę lasu. Przechodząc koło mnie rzuciła półgłosem:
- Bywam tutaj i wieczorem.
Uznałem, że w ten sposób mówi mi "do widzenia". A zatem mogłem liczyć na następne spotkanie z nią; w jakimś stopniu mnie zaakceptowała. Posiedziałem jeszcze czas jakiś, zanim ruszyłem w drogę powrotną. Po jej odejściu zorientowałem się, że jest już dość późno. Zgłodniałem i zrobiłem niewiele zdjęć, a przecież to było pierwotnie głównym, chociaż nie jedynym, powodem mojej samotnej eskapady. Droga powrotna zajęła mi mniej czasu. Wpadłem samotnie do pobliskiego baru, żeby coś przegryźć i spokojnie przemyśleć wydarzenia dnia. Nadal byłem poruszony dziwnym spotkaniem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z zaskakującego faktu: chociaż była dziewczyną z "krwi i kości", a do tego bardzo pociągającą - nie odczuwałem na jej widok podniecenia erotycznego. Było to tym dziwniejsze, że przecież bardzo mi się podobała. i już nie mogłem doczekać się wieczoru, by znowu - miałem nadzieję - móc ją zobaczyć. Miałem też dziwne wrażenie, że gdzieś, kiedyś już ją widziałem. Zaintrygowało mnie wszystko, co zobaczyłem i usłyszałem. Kilka godzin do zmroku zeszło mi . już nie pamiętam, na czym. Pokręciłem się trochę po obozie, posiedziałem chwilę ze znajomymi, ale głowę miałem zaprzątniętą myślami o niej.
Wyruszyłem niedługo po zapadnięciu zmroku; tym razem wziąłem ze sobą również cieplejszą kurtkę i latarkę. Dobrze zrobiłem, ponieważ wieczór był chłodny, a w ciemnościach miałem problem ze znalezieniem właściwej drogi. Wreszcie dotarłem w znany mi rejon, z pewnej odległości dostrzegłem przebijający się przez gęstwinę drzew płomyk. Rusałka siedziała przy małym ognisku w pewnej odległości od miejsca naszego pierwszego spotkania, na małym cyplu wychodzącym w głąb jeziora. Nie zachowywałem się nazbyt cicho; nie chciałem robić wrażenia, że się skradam. Przywitała mnie nakazując szeptem milczenie. Ubrana była w sportowe buty, ciemne spodnie i kurtkę. Wskazała mi miejsce naprzeciw siebie. Spędziliśmy nieruchomo może kilkanaście minut. Nagle wstała, spojrzała na niebo i na mnie.
- Chodźmy, już czas.
Nie pytałem o nic. Jakoś tak podskórnie poczułem, że znowu będę świadkiem czegoś niezwykłego. Gestem nakazała mi iść za sobą. Ruszyłem nie ociągając się za nią, w głąb lasu. Znała najwyraźniej dobrze drogę, jej ruchy były spokojne, ale pewne - w przeciwieństwie do moich. Jasny księżyc nie był w stanie rozproszyć wszechogarniających ciemności. Zauważyła problemy, jakie miałem z pokonywaniem nieznanych mi, nierównych ścieżek, bo - gdy spróbowałem włączyć latarkę - pokiwała przecząco głową, wzięła mnie za rękę i poprowadziła za sobą. Jej dłoń była drobna i ciepła - chociaż nie tak bardzo, jak moja - rozgrzana emocjami. Chwyciłem ją dość mocno, a ona odwzajemniła mi uścisk. Zdałem się na nią i. mogłem iść tak w nieskończoność. Po - mniej więcej - półgodzinie dotarliśmy do jakiejś polany leśnej. Dała mi znak, żebym został w miejscu, a sama wyszła na jej środek i - przyłożywszy dłonie do ust - zaczęła wydawać dziwne odgłosy, przypominające trochę pochrząkiwanie i pohukiwanie. Czas mijał, ale nic się nie działo. Wytężyłem słuch; z gęstwiny leśnej zaczęły dobiegać jakieś hałasy. Po następnych kilku minutach coś zakotłowało się w pobliskich chaszczach i na polanę wypadł. dzik. Trudno mi było dokładnie ocenić, ale zrobił na mnie wrażenie olbrzymiego. Podbiegł do dziewczyny i zaczął się do niej po prostu łasić, nie można by chyba określić tego inaczej. Stałem nieruchomo w odległości kilku metrów, ale w którymś momencie wykonałem jakiś ruch. Dzik zwrócił się w moją stronę pochrząkując - jak sądziłem - ostrzegawczo; w tym momencie poczułem gwałtowne pulsowanie w skroniach, ale nie dałem niczego poznać po sobie, a on - natychmiast uspokajany przez Rusałkę - również udobruchał się. Mimo wszystko nie ufałem mu, więc nie ruszyłem się z miejsca. Znieruchomiały patrzyłem na tę dziwną parę. Ich "umizgi" trwały pewnie kilkanaście minut, w trakcie których dwukrotnie sięgała do kieszeni kurtki po - zapewne - jakiś dziczy smakołyk. Wreszcie jednak pożegnała go; kilkakrotnie gestem i słowem nakazała mu pozostać w miejscu, a dzik - zachował się jak posłuszny pies. Wracaliśmy już dużo wolniej, znowu trzymając się za ręce. Rusałka była teraz rozmowniejsza i usłyszałem wreszcie coś więcej.
- Znalazłam Dzikusia (tak go nazwałam) rok temu. Był ranny, chyba urwał się z jakichś sideł. Pielęgnowałam go przez dwa tygodnie, aż w końcu doszedł do siebie i. zostaliśmy przyjaciółmi. Nadal odwiedzam go od czasu do czasu, kiedy tylko mogę.
- No, a te łabędzie?
- One to jeszcze starsza historia. Przyzwyczaiłam je do siebie. Często je karmiłam, pływałam koło nich i w końcu zaakceptowały mnie.
- Chyba nie każdemu byłoby tak łatwo dojść z nimi do poufałości?
- One dobrze wiedzą, z kim mają do czynienia. Wyczuwają, że z mojej strony nic im nie grozi. Jedynie my zatraciliśmy ten instynkt i nieraz przychodzi nam za to płacić.
Powróciliśmy na cypel, na którym dogasło prawie zupełnie ognisko. Rusałka poprosiła mnie o pomoc przy jego ponownym rozpaleniu. Donieśliśmy trochę drewna i wkrótce płomienie wybuchły ze zdwojoną siłą. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu; Rusałka przypatrywała mi się; wytrzymałem jej wzrok, po czym usłyszałem przyciszony głos:
- Szukasz zapomnienia, ucieczki od kogoś lub czegoś? Spotkało cię coś niedobrego, przykrego, jakieś rozstanie?
- Nooo, tak. Ale dlaczego tak sądzisz?
- Wyczytałam to. Z twojej twarzy. Z twarzy i oczu można dużo wyczytać, jeśli się chce, ale nie każdy to potrafi.
- Ale ty potrafisz?
- Nie zawsze, i nie wszystko. W twoim przypadku - sądzę, że dużo.
- Kim ty właściwie jesteś?
- Uciekinierką z innego świata. Tak mogę to określić, tylko nie zrozum tego zbyt dosłownie. Po prostu uciekam od pewnych ludzi i spraw. Czasami moimi najlepszymi przyjaciółmi są zwierzęta, a schronieniem - wszystko wokół nas.
- No dobrze, ale przecież gdzieś mieszkasz i coś robisz, prawda?
- Nie za dużo chciałbyś wiedzieć?
- Nie, jeżeli odpowiedź byłaby dla mnie ważna. A. jest ważna. Intrygujesz mnie.
- Na to jeszcze za wcześnie, a "na dzisiaj" - jest już późno.
Zgasiliśmy ognisko wodą z jeziora i ruszyliśmy w stronę lasu. Myślałem, że będę mógł poznać chociaż jej "siedzibę" (przecież nie nocowała na plaży.), ale po kilkuset wspólnie przebytych metrach rozwiała moje nadzieje.
- Ja tutaj skręcam, dasz sobie radę?
- Więc nie mogę.
- Nie. Proszę, nie wypytuj mnie o nic. Może innym razem.
Ostatnie słowa zaginęły w szumie drzew, a może ich w ogóle nie wypowiedziała? Może tylko koniecznie chciałem je usłyszeć? Jej ciemna sylwetka zanurzyła się w gęstwinie i znikła, ja natomiast posiłkując się latarką wróciłem do namiotu. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby to nocne przedzieranie się było dla mnie szczególnie przyjemne. Byłem tak zmęczony wrażeniami minionego dnia, że ochlapawszy się tylko nieco wodą (dla spokoju sumienia) wczołgałem się do śpiwora i prawie natychmiast zasnąłem. Na zewnątrz już dniało.
Dzień drugi
Obudziły mnie uderzenia porannego (jak mi się zdawało) deszczu o płótno namiotu. Leżałem jeszcze przez chwilę myśląc o wczorajszym dniu, który teraz wydawał mi się grą wyobraźni. Deszcz przestał padać. Wyskoczyłem z namiotu, gdy zorientowałem się, że jest późno. Znajomi już wybierali się na plażę, ponieważ przejaśniało się gwałtownie i słońce rozświetliło wszystko wokół. Oczywiście, byli ciekawi, gdzie wczoraj zniknąłem, ale udało mi się zbyć ich zdawkowymi odpowiedziami. Cóż mogłem im powiedzieć? Sam nie byłem pewien wczorajszych wydarzeń. Dzień wczorajszy wydawał mi się teraz czymś dziwnie nierzeczywistym. Postanowiłem ten dzień spędzić na miejscu, razem z resztą "paczki". Poszliśmy razem na pobliską plażę. Mimo porannego zachmurzenia i deszczu (może raczej deszczyku) woda była ciepła. Na przemian kąpaliśmy się i opalaliśmy. Potem wyskoczyliśmy na obiad i zakupy, w związku z planowanym przez nas w późniejszych godzinach ogniskiem. W miarę upływu czasu moje myśli znowu zaczęły koncentrować się na Niej. Kim naprawdę była? Co robiła poza matecznikiem? Gdzie mieszkała? Jak udało jej się dojść do poufałości z całym tym "zwierzyńcem"? Robiła wrażenie osoby inteligentnej i otwartej na świat, ale jednocześnie odnoszącej się do innych ( właściwie myślałem o sobie) z rezerwą. Przy tym jeszcze te uwagi dotyczące moich przejść. A może sama doświadczyła czegoś podobnego; może trafiłem do jej królestwa, bo również byłem takim "uciekinierem"? Te i podobne myśli, pytania i refleksje zaprzątnęły mnie całkowicie; przestałem świadomie reagować na to, co się wokół mnie działo. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy nagle znalazłem się przy ognisku w gęstniejących ciemnościach i odruchowo wypiłem ze szklanki podany mi napój, który okazał się być jakąś piorunującą mieszanką alkoholu z sokiem. Otrzeźwiło mnie to i poczułem, że bardzo chcę i muszę się z nią zobaczyć. Nie zastanawiałem się nad celowością tej znajomości. Coś mnie do niej ciągnęło. Wyczekałem na dogodny moment i "po angielsku" opuściłem towarzystwo.
Był gorący, lipcowy wieczór. Wyruszyłem w drogę. Nie zwróciłem uwagi na fakt, że jestem lekko ubrany, nie mam przy sobie latarki i żadnego grubszego, wierzchniego okrycia, o czym na ogół pamiętałem wychodząc gdzieś nocą (po niemiłych doświadczeniach w przeszłości). Znane już ścieżki prowadziły mnie pewniej niż dotychczas, a jasny księżyc był pewnym przewodnikiem. Zatoka wydała mi się w na pierwszy rzut oka pusta. Rozglądając się dostrzegłem jakiś jaśniejszy kształt na cyplu. Podszedłem bliżej. Rusałka siedziała tam w sandałach i lekkiej sukience, obejmując rękami kolana.
- Czym mnie dzisiaj zaskoczysz, Rusałko? - pierwszy raz zwróciłem się do niej w ten sposób.
- Tak mnie nazwałeś? Ładnie, mój ty Nieznajomy. Jeżeli chcesz jeszcze kogoś poznać. Tylko musimy kawałek podpłynąć.
- Hm. nie wziąłem ręcznika ani kąpielówek
Popatrzyła na mnie z nieco - jak mi się zdawało - filuternym uśmiechem.
- Ręcznik mam, możemy się nim podzielić, a. bez reszty chyba się obejdziemy?
Nie mówiąc już nic zsunęła z nóg sandały, wstała, rozłożyła ręce, jakby przeciągając się, po czym szybkim ruchem zdjęła przez głowę sukienkę. Miała na sobie tylko majteczki, ale po chwili pozbyła się również ich. Wcześniej stała do mnie bokiem - teraz odwróciła się twarzą i. całym ciałem. W świetle księżyca widziałem dokładnie jej pogodną twarz, otoczoną rozpuszczonymi włosami, szyję, niezbyt duże, ale kształtne piersi, płaski, niemal wklęsły brzuch. Przyglądałem się jej przez dłuższą, może zbyt długą chwilę.
- Hej, a ty co? Chyba się mnie nie wstydzisz?
Ocknąłem się z tego zapatrzenia, zdjąłem szybko adidasy, koszulkę i spodenki, czyli - wszystko. W tym czasie weszła do jeziora; poszedłem w jej ślady. Ogarnęło mnie przyjemne ciepło. Rusałka wyprzedziła mnie o kilka metrów, ale odwróciła głowę w moją stronę.
- Musimy dopłynąć do tej wyspy - pokazała ręką na majaczącą, niezbyt odległą kępę, wychylającą się z wody w poświacie księżyca. Wokół nas rozpościerała się gładka tafla bez żadnych zmarszczek; płynęło się z prawdziwą rozkoszą. Wkrótce dotarliśmy do celu.
- Teraz po cichu - uprzedziła mnie, więc starałem się wychodzić na brzeg możliwie bez hałasu. Ruszyła pierwsza w stronę pobliskiej grupy drzew, jakby mimowolnie chwytając mnie za rękę. Zatrzymaliśmy się pod wysokim drzewem. Rusałka najpierw przez chwilę nasłuchiwała. Kiedy z góry dobiegł nas jakieś syczenie odgłos (chyba sowy?), wyciągnęła lewą dłoń wierzchem do góry i wydała z siebie odgłos podobny do usłyszanego. Nie minęła minuta, gdy z drzewa coś się poderwało i nad naszymi głowami załopotały - chociaż bezgłośnie - skrzydła dużego ptaka. Na wyciągniętym ramieniu dziewczyny przysiadła sowa. Rusałka przytuliła się do niej i zaczęła ją głaskać, mówiąc coś przy tym ściszonym głosem. Odważyłem się podejść bliżej i dotknąć ptaka. Sowa poruszyła się nerwowo, ale łagodzący szept i dotyk szybko ją uspokoiły. Ptak zaczął dziobać delikatnie pieszczącą go dłoń. Nagle z góry dobiegły nas z drzewa jakieś piski, a zaraz potem sowa rozpostarła skrzydła i - zręcznie podrzucona do góry - odleciała.
- Wróciła do dzieci - szepnęła Rusałka - nie przeszkadzajmy jej, wracajmy.
Popłynęliśmy z powrotem. Nie mieliśmy problemu z trafieniem z powrotem - moja przewodniczka prowadziła pewnie. Niedaleko cypla trochę wyprzedziłem ją. Zrobiło mi się chłodno i chciałem jak najprędzej znaleźć się na brzegu. Pojawił się lekki wietrzyk i wychodząc z wody drżałem trochę z zimna.
- Wyjmij z mojej torby ręcznik - usłyszałem.
Cienki, ale olbrzymi (jak prześcieradło - pomyślałem odruchowo) znalazł się zaraz w moich rękach. Stałem na brzegu czekając na nią, a ona wynurzyła się i powoli, naga i mokra, kołysząc lekko biodrami i piersiami, szła w moją stronę. Zapatrzyłem się w nią. Rozpostarłem ręcznik. Chciałem otulić nim wilgotne ciało Rusałki, a wówczas moja ręka przez cienki materiał trafiła na jej pierś. Poczułem delikatną, miękką jędrność; niemal odruchowo, lekko zacisnąłem dłoń i - pierwszy raz w jej obecności - najzwyczajniej zaczęło ogarniać mnie podniecenie. Jakby niczego nie zauważyła, nie ruszyła się, tylko odchyliwszy nieco głowę powiedziała szeptem:
- Zaufałam ci. Chyba mnie nie rozczarujesz?
Zreflektowałem się i cofnąłem. Zdałem sobie sprawę, że posunąłem się - całkiem niepotrzebnie - za daleko.
- Przepraszam, ale.
- Ale plecy możesz mi wytrzeć - wpadła mi w słowo, nie pozwalając dokończyć.
Odwróciła się do mnie tyłem, a ja, mimo że znowu dotykałem jej, zdołałem jakoś ochłonąć; zresztą najwyraźniej nie zepsułem jej humoru. Po kilku minutach byliśmy już ubrani i usiedliśmy koło siebie patrząc na jezioro i rozgwieżdżone nad nim niebo. Wokół panowała noc, lekki szum wiatru i odgłosy życia ukrytego przed naszymi oczami, co prawda - bardziej może przed moimi. Byłem trochę "zwarzony", więc nie odzywałem się.
- Będziesz jeszcze jutro? - zadała mi pytanie, o którym myślałem, że nigdy nie padnie - z jej ust (ale nie zwróciłem uwagi na jedno słowo).
- Jasne.
- No, wiesz. dzisiaj rano też właściwie. - zawahała się przez moment - trochę cię wypatrywałam; myślałam, że przyjdziesz. Ale pewnie wczorajsza, nocna wyprawa dała ci się we znaki?
- Zgadłaś. Dawno już nie spałem tak mocno. Ty pewnie jesteś bardziej zaprawiona w "takich bojach".
- Nie musisz się przede mną tłumaczyć, ale to prawda - jestem przyzwyczajona do różnych, często nieprzewidywalnych sytuacji.
Pożegnałem ją skinieniem głowy; odpowiedziała mi machając ręką. Wracając myślami byłem przy niej. Postanowiłem już nie ciągnąć jej za język. Aura tajemniczości, jaką się otaczała, potęgowała moje zaciekawienie, ale trudno. Nigdy nie byłem wobec dziewczyn natarczywy (nawet jeśli mi się bardzo podobały), więc i teraz nie zamierzałem. Chociaż czasami dochodziłem do wniosku, że może aż do przesady.
Dzień trzeci
Spałem dobrze, a rano, po lekkim śniadaniu udałem się do matecznika. Było bardzo ciepłe, słoneczne przedpołudnie. Zastałem ją na miejscu. Odziana tylko w kostium, opalała się siedząc na pniu. Gdy mnie zobaczyła, podeszła do pobliskiego drzewa. Sięgnęła do znajdującej się tam dziupli i po chwili ściskała w ręku czymś wypełnioną, małą reklamówkę. Na moje zdziwione spojrzenie odpowiedziała wyjaśnieniem:
- To mój podręczny magazynek; trzymam w nim różne drobiazgi, jeśli muszę.
Tym razem poszliśmy ścieżkami wzdłuż jeziora, aż moim oczom ukazały się nadwodne łąki i pastwiska. Dostrzegłem pasące się w pewnej odległości stado bydła, skąd ruszył w naszym kierunku jakiś starszy, ubogo odziany mężczyzna. Również on okazał się znajomym Rusałki. Powitała go radośnie, po czym wręczyła mu małą paczuszkę. Były w niej. papierosy. Spojrzałem na nią trochę zdziwiony takim podarkiem, ale jej spojrzenie mówiło: "cóż na to poradzić, ludziom sprawiają przyjemność różne rzeczy" (a przynajmniej tak je zrozumiałem). Zasiedliśmy wokół ledwo tlącego się ogniska, a ja postanowiłem wreszcie zrobić użytek z zabranego aparatu fotograficznego, który był mocno kuriozalny (stara, czarno-biała lustrzanka), ale darzyłem go sentymentem, podobnie jak czarno-białe zdjęcia. Miałem obawy, czy Rusałka pozwoli mi się uwiecznić na zdjęciu, ale nie miała żadnych obiekcji. Ułożyła się, eksponując (odniosłem wrażenie, że z dużym wyczuciem) swoje smukłe kształty, tuż przy ognisku, po którego drugiej stronie przycupnął pan Władek (tak się do niego zwracała; on z kolei zwracał się do niej per "panienko", co wydało mi się uroczo staroświeckie). Z tyłu widoczne było stado, a nad nami dostrzegłem bociana w locie. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, zjedliśmy po kilka upieczonych ziemniaków (ona tylko je tknęła), po czym ruszyliśmy. Rusałka podczas drogi powrotnej sprawiała wrażenie zamyślonej bardziej niż zwykle, ja za to zrobiłem kilka - miałem nadzieję, że udanych - zdjęć. W związku z tym w ogóle nie rozmawialiśmy. Wreszcie jednak nie wytrzymałem tego milczenia.
- Dlaczego oprowadzasz mnie po różnych miejscach i zapoznajesz ze swoimi - przyznasz - dość dziwnymi przyjaciółmi, a nie rozmawiamy w ogóle o sobie, nie dzielimy się wrażeniami i myślami? Nie uważasz, że to trochę dziwne? W tym wszystkim brakuje mi ciebie, motywacji twoich zachowań, jakiejś perspektywy.
- A dlaczego miałabym odkrywać się przed tobą? Przecież prawie się nie znamy, a już ci mówiłam, że nie szukam towarzystwa za wszelką cenę. Posłuchaj więc: podobasz mi się, budzisz zaufanie, i nie tylko u mnie, ale na razie nie jestem gotowa na nic więcej, a zresztą. Wkrótce muszę wrócić do innego świata. Świata, którego nienawidzę i pożądam zarazem. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale nie chcę więcej mówić na ten temat. Mówiłeś wcześniej o swoich częstych pobytach w tych stronach, a skoro tak - to może czasem będziesz mnie mógł. zastąpić?
Ponieważ zależało mi na zbliżeniu się do niej, nieproszony opowiedziałem trochę o sobie. Odczuwałem w stosunku do niej zaufanie połączone z fascynacją, co chciałem w jakiś sposób wyrazić. Chociaż nie mówiłem o najintymniejszych problemach, powiedziałem i tak dość dużo. Słuchała mnie prawie w całkowitym milczeniu, tylko z rzadka przerywanym jakimś pytaniem lub uwagą. Na koniec moje wynurzenia skomentowała w sposób charakterystyczny dla siebie (tak przynajmniej to odebrałem) sposób.
- Więc teraz wiesz już dużo i o mnie.
Więcej na osobiste tematy nie rozmawialiśmy. A ponieważ znowu robiło się coraz goręcej, skorzystaliśmy z uroków wody i słońca. Pływaliśmy i opalaliśmy się parę godzin. Zdziwiło mnie, jak bardzo dba o swoją skórę. Po każdej kąpieli prosiła mnie o namaszczenie pleców i nóg balsamem. Na chwilę zsuwała wówczas stanik i leżała topless na brzuchu. Smarując ją zwróciłem uwagę, że jest starannie wydepilowana i wyjątkowo równomiernie opalona; nie miała żadnych śladów po ramiączkach i paskach, chociaż w mojej obecności zawsze miała na sobie kostium (nie licząc nocnej eskapady.) - więcej jednak niż skromny. Chyba korzystała jeszcze z solarium lub stosowała jakieś środki?
Dopiero późnym popołudniem zaczęliśmy zbierać się do odejścia. Pożegnała mnie ciepłym "bywaj" i rozstaliśmy się. Żołądek miałem pusty, a głowę przepełnioną myślami o niej. Nie mogłem jej rozgryźć. Cały czas byłem nią zaintrygowany, ale wciąż nie wiedziałem, czy i w jakim stopniu - ze wzajemnością. Czyżbym się w niej zadurzył (bo na razie nie śmiałem inaczej określić miotających mną uczuć)?
Dzień następny
Następnego dnia na próżno oczekiwałem na nią ponad godzinę w ustroniu. Zaczęło kiełkować we mnie podejrzenie, że nasze wczorajsze spotkanie było zarazem pożegnaniem. Mimo to po południ próbowałem jeszcze raz . Nie pojawiła się. Nie dałem za wygraną. Wyruszyłem na poszukiwania w stronę, z której - jak mi się zdawało - zawsze przybywała. Po dłuższym błąkaniu się, w odległości godziny drogi (chociaż pewnie trochę się kręciłem) odnalazłem kilka domów wypoczynkowych, przycupniętych na skraju lasu. Nie znałem ich, wydały mi się dość ekskluzywne. Były jednak opustoszałe. Nie wydawało mi się sensowne chodzić i dopytywać się o dziewczynę, której nawet imienia nie znałem. Snułem się tam dłuższy czas, ale wreszcie przełamałem się i wszedłem do jednego z pensjonatów. Recepcjonista popatrzył na mnie podejrzliwie, gdy zapytałem o dziewczynę (tu podałem jej przybliżony rysopis).
- Proszę pana, w ostatnich dniach przewinął się tutaj cały tłum dziewczyn, a przynajmniej połowa z nich pasowałaby do pańskiego opisu. W ośrodku obok przeprowadzano jakiś casting, czy coś podobnego, do kampanii reklamowej. Aż miło było popatrzeć.
A więc to tak. Wprawdzie nie miałem pewności, ze i ona była jedną z tych dziewczyn, ale niektóre jej zachowania zdawały się świadczyć na korzyść takiego wniosku. Zauważyłem od razu, że Rusałka porusza się bardzo zgrabnie ( a właściwie po pierwsze - jest bardzo zgrabna), jest otwarta oraz. bezpruderyjna. Bardzo dbała o siebie, a ubrania, które na niej widziałem (choć nie było tego wiele.), robiły wrażenie markowych, o wysokiej jakości i. cenie. Pamiętałem też o niejasnym wrażeniu, jakbym skądś ją zapamiętał. Otaczała się jednak takim murem tajemniczości. I nagle przyszła mi pewna myśl do głowy. Ruszyłem w stronę naszej (bo tak już uważałem) zatoki. Na miejscu skierowałem się do drzewa z dziuplą. W środku, w małej, szczelnej, plastikowej torebce leżała złożona kartka. Rozłożyłem ją pospiesznie.
" Drogi Nieznajomy! Mam nadzieję, że odnajdziesz tę kartkę. "Nadajemy" trochę na tych samych falach. Przepraszam za taką formę pożegnania. Nie jestem obecnie gotowa na więcej. Świat materialny znowu wezwał mnie do siebie. Jestem modelką. W pobliskim ośrodku brałam udział w kolejnej sesji zdjęciowej, a teraz wyjeżdżam dużo dalej. Żyję na co dzień w świecie skomercjalizowanym i bezwzględnym, od którego staram się odrywać i uciekać tak często, jak tylko jest to możliwe. Jest to jednak - póki co - mój sposób na życie i zarabianie pieniędzy; nic innego nie potrafię. Nie mam żadnego życia prywatnego, a właściwie - po raz kolejny nie zdołałam go sobie ułożyć. Zresztą, nie mam wiele do zaoferowania - nawet siebie. Na pewno niewiele tracisz. Bywam tutaj kilka razy w roku (odkryłam to miejsce dużo wcześniej, już kilka lat temu), więc być może kiedyś się spotkamy. Jeżeli możesz i chcesz, odwiedzaj czasem moich przyjaciół. Ich świat jest dużo prostszy i uczciwszy od naszego. Zostałeś przez nich zaakceptowany, a o to niełatwo. Niewiele dowiedziałeś się o mnie, ale nie wspominaj mnie źle. Rusałka (tak mnie nazwałeś?)."
*
Odwiedziłem kilka razy poznane dzięki niej zakątki; nie odważyłem się jedynie zbliżyć do ostoi Dzikusia. Tak jak myślałem, nie spotkałem jej już. Zostały mi jedynie wspomnienia i wspaniałe, chociaż "tylko" czarno-białe, zdjęcie. Chociaż nie. Raz i drugi mignęła mi w tłumie lub za kierownicą samochodu twarz podobna do niej, ale nie byłem pewien, czy to rzeczywiście ona. Właściwie nawet nie chciałem tego dociekać. W mojej pamięci pozostała wyłącznie opalona i półnaga, smutnie uśmiechnięta Rusałka z zatoki.
» powrót do listy
|