|
Jeśli akceptujemy siebie każdy dzień może być szczęśliwy. Łatwiej wtedy radzić sobie z codziennymi trudami, obowiązkami i brakiem czasu i cieszyć się każdą chwilą. Warto każdego dnia zrobić coś tylko dla siebie nawet tak drobną rzecz jak kąpiel z pianą czy przerwa na kawa spędzona z przyjaciółka. Takie wnioski wyciągamy z listów, które przysłałyście w odpowiedzi na nasz konkurs. Dostaliśmy bardzo dużo e-maili. Bardzo nas to cieszy. Piszecie jaką ogromną siłą jest samoakceptacja.
Poniżej publikujemy prace laureatek:
1. Katarzyna z Łask
Jak zimno, pomyślałam próbując wstać z łóżka, bladym świtem i z powrotem schowałam się pod ciepła kołdrę, budząc lodowatymi stopami, śpiącego obok Niemal Ideała :)...
7.15 - wstawaj, słyszę jak zza grobu, szczelnie otulona kołderką...i czuję jak ktoś próbuje ze mnie ją ściągnąć... Poniedziałkowy poranek zaczyna się walkę o to, kto robi śniadanie - przegrałam... moja kolej... mimo próśb, błagań i obietnic, nic nie wskórałam...
7.30 stwierdzam z krzykiem przerażenia na ustach... szybko ubieram się, myję zęby i.. na nic więcej nie starcza mi czasu...
7.47-UFFFF! na tramwaj na szczęście się nie spóźniłam...
8.00- włączam komputer i biegnę zrobić sobie kawę, ostatnią w tej firmie...dziś kończy się moja umowa i już nie mogę doczekać się 16, żeby po raz ostatni zamknąć za sobą drzwi, zamknąć rozdział pod nazwą firma X...
10.07- jeszcze kilka uwag upierdliwego szefa, które jakoś absolutnie dziś nie są w stanie wyprowadzić mnie z równowagi... kończę projekt, kończę mechanizmy działania i nim się obejrzałam jest już 14...i najsmutniejszy moment w tej całej radosnej chwili odejścia ze znienawidzonej firmy, gdzie szef nigdy nie jest zadowolony i gdzie do końca życia pewnie nie doczekałabym się miłego słowa, a przecież wkładałam w te pracę całe swoje serce... Jeszcze raz na szybko przemyślałam, czy aby na pewno dobrze robię i przypominam sobie każde słowo mojego Niemal Ideała, dzięki któremu mam na tyle odwagi, żeby odejść ze znienawidzonego miejsca, bez poczucia winy... czas pożegnania z dziewczynami z biura, zdążyłyśmy się już zaprzyjaźnić... 15.00 obiecałyśmy sobie nie stracić kontaktu, mam nadzieję...
16.00 z łomotającym sercem pukam do drzwi gabinetu szefa...
16.15- wychodzę wolna, lżejsza o 100 kilo, radosna!! WOLNA!!! WOLNA!!!WOLNA!!!! Jadę tramwajem i chyba się uśmiecham, bo ludzie dziwnie się mi przyglądają... mam ochotę skakać i tylko jedna rzecz mnie smuci, czemu wszyscy są tacy smutni? i czemu nic nie robią, żeby to zmienić??
17.00 siedzę na łóżku, jedząc kolejny kawałek czekolady i pijąc kawę, co dalej?- myślę i zastanawiam się co teraz? tego chyba nie przemyślałam...
18.00 Niemal Idaeł wrócił i zaskoczony pyta co robię, rzuciłam pracę-odpowiedziałam z radością, bo znowu poczułam się taka szczęśliwa, nie lubiłam tej pracy, szefa, stagnacji i żadnych perspektyw, że spełnienie marzenia... Wspólnie robimy kolację...czuję się szczęśliwa, moja dorosła samodzielna decyzja, może głupia, może zła, może impulsywna, nie powinnam rzucać pracy, gdy wokół tak duże bezrobocie! To czemu we mnie tyle radości i przekonanie, że zrobiłam dobrze i że wszystko będzie dobrze... 24.15 czując lekkie szumienie w głowie, z lekkim uśmiechem kładę się spać, dotykam dłonią dłoni Niemal Ideała - zasypiam, spokojnie, pierwszy raz od tak dawna...
2. Marta z Wrocławia
Pobudka. Czy to jeszcze noc, czy już ranek? Małe stópki wślizgują się koło mnie pod kołdrę "mama psitul" szepcze cichy głosik. Okręcam Pinka koldrą, pewnie znowu rozkopał się w swoim łóżku i zmarzł. "Mama dzie myłka?". Z zamkniętymi oczyma wymacuję mała futerkową zabawkę kota, wciskam ją w mała rączkę i po chwili słyszę miarowe, senne sapanie. Zasypiam i ja, wciśnięta pomiędzy moich dwóch mężczyzn. Druga pobudka, kilka godzin później, jest już mniej bolesna. Ale tym razem też ciężko wygrzebać mi się z ciepłej pościeli. "Chcesz kawę?" - pyta Nieślubny, wyrzucając jednocześnie z szafy stos koszulek z krótkim rękawem. Wybiera jedną, a resztę upycha kolanem na półce. Zanim zacznę krzyczeć o zrobiony bałagan podsuwa mi pod nos filiżankę z moją ulubioną małą czarną. Potem wybiega jak zwykle spóźniony, zapinając po drodze plecak. Jak to dobrze, że informatycy mogą całe życie wyglądać jak licealiści i nikt nie wymaga od nich garniturów i aktówek. Pukanie do drzwi, to sąsiadka zza ściany, największa fanka mojego synka. "Chodź do mnie na serek" - woła od drzwi. Biegną na wyścigi, Pinki i kot. Mam nadzieję, że serka starczy dla obu. Wskakuję do wanny, z przyjemnością oddaję się jedwabistej kąpieli, bez strachu, że moje dziecko wdrapuje się na parapet, odkręca kurki od gazu, albo polewa wodą telewizor. Wracają tuż przed naszym wyjściem. Kot nieco obrażony, więc pewnie serka jednak było mniej niż myślał. Szybko zakładam Pinkowi spodnie, trochę marudzi przy koszulce więc ulegam i pozwalam mu wybrać shirt z pociągiem, jego ulubiony. Biegniemy do autobusu, w locie kupując bilet w automacie. Autobus ciągnie się przez miasto jak ślimak, na szczęcie mamy ze sobą gazetę dla dzieci i "myłkę". "Myłka" ciekawie wygląda przez okno i dziwi się światu ustami mojego synka. Wpadamy to firmy zziajani, na szczęście nikt nie patrzy na zegarek. Podpisuję umowę, rozmawiam z producentem o szczegółach programu. Pinki gramoli się na fotel i zdobywa duży amerykański ołówek. Ogląda go ciekawie, rozkręca, coś do siebie gada. Nikomu nie przeszkadza jego szczebiot jest tu tak zwyczajnie, na miejscu, jak członek tego zespołu. Zaczyna się nudzić, kiedy spotkanie dobiega już końca. Wychodzimy. Ja z podpisaną umową, on z długim ołówkiem we flagowe wzorki. Obok firmy rozciąga się ogromny park. Siadamy w kafejce z ogrodem. Zamawiamy lody. Pinki wolał frytki, ale na ciepło mieli tylko pizzę. Wybrał lody. Teraz pokazując na truskawkowy sos, którym są polane mówi "daj sisiel". Po lodach przychodzi czas na spacer brzegiem stawu. Podglądamy kaczki na wyspie, wąchamy jesienne astry. W tym roku wyjątków wcześnie zakwitły. Droga do przystanku jest trochę długa. Niosę Pinka na rękach i dziękuję firmie obuwniczej, za eleganckie, a zarazem wygodne i płaskie buty w letniej kolekcji. W domu kładę Pinka do łóżka, śpi głęboko i słodko. Przymykam drzwi od Jego pokoju i siadam przed komputerem. Poczta, fora dyskusyjne, gadugadu - jak ja lubię te internetowe wynalazki. Pytam Owcy jak przyrządzić drobiowe wnętrzności. Aśka pyta, czy powinna poderwać nowego praktykanta, mama martwi się, że droga nad morze zajmie im aż 13 godzin. Rzut oka na zegarek i z żalem klikam "Zamknij system". Rzucam się w wir gotowania. Pomidorki, czy może być coś lepszego? Letnie pachnące na gałązkach... Odrobina octu balsamicznego i ... pożeram cała pomidorów miskę. Drzwi się otwierają - wejście Nieślubnego zgrało się idealnie z odlewaniem ziemniaków. Pinki staje na przedpokoju na swoich bosych stópkach i przeciera z twarzy resztki snu. Siadamy do stołu. Posiłek obiado-kolacja, czas jedzenia i mówienia. W łeb biorą teorie wyniesione z kulturalnego domu, by nie mówić z pełnymi ustami. Opowiadamy sobie miniony dzień. Pinki pokazuje jak duże były rybki w stawie. Wieczór zaskakuje nas rozgadanych, roześmianych, skłębionych na kanapie na wspólnym oglądaniu Scooby Doo. Chłopaki idą się kąpać. Tata czyta sobie gazetę, Pinki lepi wodne babki. Wkraczam do akcji, by skrócić małe pazurki i wyczyścić malutkie uszka. Zapiżamowane po szyję dziecko ląduje w swojej pościeli. Wymykamy się po cichu, gdy jego oddech przybiera równy senny rytm. Wino w lampce mieni się purpurową barwą. "Za umowę" - wznosi toast Nieślubny i przygarnia mnie do siebie. Z głośników sączy się delikatna muzyka J. Mitchell, jakaś zabłąkana mucha zastygła nad nami w locie, moja dłoń w jego włosach, jego ręce na moim biodrze... Noc nakrywa nas na rzeczach, które pokazują tylko w filmach dla dorosłych. Zasypiamy splatani, rozczochrani i zmęczeni. Ciekawe o której jutro zacznie się dzień? Jestem pewna, że dla mnie rozpocznie go znowu dotyk małych stopek pod moją kołdrą.
3. Jadwiga z Wrocławia
Mój nieśmiertelny budzik dzwoni przed siódma, mimo że pół godziny wcześniej obkładam go poduszkami. Przecież dopiero zasnęłam...Zabijanie budzika kapciem nie pomaga i w końcu muszę przestać udawać, ze mam 6 lat i mogę jeszcze trochę pomarudzić... Łazienka o świcie wydaje się być baaaardzo daleko. I zawsze niedostępna, jak zamek warowny moich trzech mężczyzn. Zanim wystoję swoje w kolejce, zdążę przygotować im śniadanie, ubrania, kanapki do szkoły/pracy, stosy niezbędnych gadżetów -jak gazeta dla męża(właśnie pies przyniósł),szkolne kapcie dla syna i caaały worek biszkoptów dla najmłodszego z moich feudalnych właścicieli. Żeby chociaż na minutę zajął buzię czymś innym niż wołanie: maaaamoooo! Kiedy moi wykąpani, pachnący, lśniący, nienagannie ubrani mężczyźni łaskawie konsumują śniadanie, teoretycznie mogłabym wziąć prysznic. Chociaż taki tyci, tyciusieńki...:)Wcześniej tylko trzeba sprzątnąć piżamy, pościelić, zająć się naczyniami, zabawkami, kapciami i czym tam jeszcze...Boooożeee...W jednym kapciu i z psem uczepionym szlafroka(od roku uważa, że to jego zabawka)wypycham męża za drzwi, syna wyganiam do szkoły i marzę(z nieśmiałym uśmiechem)że kiedy tylko ich nie będzie, a mały terrorysta najedzony i przebrany słodko zaśnie, zajmę się sobą;))) Wreszcie TYLKO sobą;))) I kiedy ta chwila zbliża się wielkimi krokami, bo pobojowisko zamienia się w wypucowane, dopieszczone domostwo, w którym wszystko(poza mną)wygląda nienagannie, a dziecko na przemian karmione, przebierane, usypiane rokuje nadzieje na podarowanie mi chwili wytchnienia, okazuje się, że w azyl moich błękitnych tapet wtargnęła cala brygada rycerzy LEGO. Dlaczego szkoła kończy się tak szybko?... Zanim się obejrzę, mąż z synem konsumują obiad(jakoś sam się ugotował)pytając słodko, co dziś robiłam? Czy bardzo się nudzę w domu? Czy nie brakuje mi pracy? Wizja chwili tylko dla mnie lekko się zamazuje, kiedy po całym dniu sprzątania, prania, gotowania, walczenia z pampersam, kaszkami, psem i chęcią ucieczki szykuję dzieci do snu. Kąpiel, bajeczka(obowiązkowo o samochodzie Maurycym, bo taka męska)i wieczorne przytulanki. Mąż jak zwykle zasnął przed telewizorem. Może zdążę? Zanim mały szkrab znów się obudzi, jest dość czasu, by ukryć się w pachnącej wodzie. Nie ma nikogo i niczego. Jest miękko, cicho, słodko. Piana szepcze mi do ucha czułe kołysanki, nawet pies, który przyszedł ukraść mi szlafrok, wygląda jakoś ładniej:)To nic, że dochodzi 2 w nocy. To nic, że właśnie sobie uświadamiam, że nie jadłam kolacji. To nic, że zaraz usłyszę przeraźliwe maaamoooo, przypominające raczej młot pneumatyczny niż ludzki głos. To wszystko nie ma znaczenia, bo ta ciepło pachnąca chwila wynagradza mi caaaaly dzień. A kiedy nakremowana (z psem wiszącym u szlafroka, a jakże!)pochylam się nad moimi maluchami, by wycałować je na dobranoc, małe rączki obejmują mnie bezwiednie a niewyraźne, senne: "kocham cię mamusiu" otula mnie czułością jak najsłodsza pieszczota)))Czy jestem szczęśliwa? Akceptuję życie, które sama sobie wybrałam. Akceptuję siebie. I nie mogłabym być szczęśliwsza, choćbym co dnia dostawała amarantowe rubiny do wplatania we włosy, kolibry jak klejnoty do cieszenia oczu i wszystkie wyspy tropikalnej magii do zasiedlenia dla mnie samej i moich marzeń. Nie mogłabym być szczęśliwsza, choćby ktoś codziennie podarowywał mi tęczę. I wszystkie pachnące bajkami przypływy wszystkich oceanów. Bo najmądrzejsza kobieta świata-moja mama-nauczyła mnie cieszyć się tym, co małe. I to mi wystarcza:))) /P.S./Ale gdyby już mój pies zostawił mi szlafrok na wyłączność, pewnie byłabym ździebko szczęśliwsza))))
4. Katarzyna z Kielc
Wstałam znowu troszkę za późno, co jednak pozwoliło mi zastać pustą 33 łazienkę ( mój Mateusz zdążył skończyć codzienną kosmetykę, która trwa zawsze bita godzinę) Umyłam się, ubrałam i chwyciłam za kuferek z moimi magicznymi " polepszaczami urody". -" Maleńka nie musisz się malować, zupełnie jest ci to niepotrzebne"- jakiż on potrafi być miły:) Posłuchałam jego rady i podkreśliłam tylko rzęsy. W pracy ruch jak w ulu, czekałam tylko na przerwę na lunch. Kiedy wreszcie nadeszła ta wymarzona chwila, wybiegłam na kawę i ciastko. Siadłam przy stoliku obok młodego mężczyzny czytającego gazetę." Och gdybym ja tak wyglądała jak ta Pani z jego okładki.." Właśnie w tej chwili kelnerka przyniosła kawę... i dużą porcję szarlotki z bita śmietaną. No cóż, półnaga gwiazda tej gazety zapewne nie zna smaku tego deseru:) haaahaa! Po pracy idę pierwszy raz na aerobik( dla początkujących) Stwierdziłam, że to ostatni moment żeby w tym życiu chociaż raz mieć płaski brzuch, bo podobno jak się skończy 35 lat, to już wszystko stracone. Co prawda mając naście lat, myślałam że życie kończy się po dwudziestce, więc może i teraz się mylę. Jak już dotarłam na miejsce obiecałam sobie że będę dzielna i nie będę się śmiała. Beata, moja przyjaciółka trochę się spóźniła i weszła na salę pełną kobiet i mnie... na szybciaka szukającej w kimś przyjaciela. Zaczęło się. "proszę wziąć piłki"- powiedziała Żyleta (tak właśnie nazwaliśmy prowadzącą, przez którą dostałam palpitacji serca) Z tymi piłkami to już w ogóle nie wiedziałam o co chodzi.. czyżby na aerobiku dla początkujących zaczynano od dziwnie wielkich piłek?...... Porażka!! Okazało się, że program wakacyjny się skończył a my trafiłyśmy na całkiem nowe szkolenia dla pań instruktorek, które chcą prowadzić zajęcia na dmuchanych " potworach". Nie będę opisywała szczegółów tej gehenny, powiem tylko tyle, że w szatni już nie zdołałam zapiąć sobie stanika ani też nie zmieniłam stroju na " suchy "Patrzyłam na Beatę, która dwoma rękami podnosiła buteleczkę z wodą do góry:) "Mała , spaliłyśmy tyle kalorii, że możemy sobie pozwolić na piwko":) Długo mnie nie musiała namawiać. Teraz już wiem jak to jest jak wchodzisz do knajpy i widzisz tyyyyllllkkkooo kufel picia. Przepocone, czerwone na buziach dopięłyśmy się do szlachetnego trunku jak do wodopoju, czym wzbudziłyśmy głośne owacje panów przy barze. Czy muszę dodawać że taki wykończony organizm nie potrzebuje więcej niż dwa piwa, żeby zacząć śpiewać i zrewolucjonizować tubylcze karaoke?... Lecz to nie był koniec dnia:) przecież wieczorem idziemy do teatru z przyjaciółmi. Dotarłam do domu piechotą. samochód zostawiłam pod "tawerną dla twardnieli". Po kąpieli poczułam się znacznie świeższa, choć mocno obolała. Usłyszałam telefon. Czy on zawsze musi dzwonić jak jestem namydlona? "Słucham?!", "Siostra to Ty? gdzie jesteś?", " Przecież dzwonisz do mnie do domu- to gdzie mogę być?" " Dobra, nie ważne! Siostra mam do ciebie prośbę! Mamy rocznicę z Dorotą i zaprosiłem ją na kolację, nie mamy z kim zostawić małego..." Popatrzyłam tylko z tęsknota na sukienkę rozłożoną na łóżku i założyłam plastikową nie brudzącą się bluzkę z pancernymi ochraniaczami... bo przecież szłam do mojego bratanka:) Nie było tak źle, zwymiotował na mnie tylko raz, a jego rodzice wrócili szybciej niż się spodziewałam. Stwierdzili chyba że mi źle z twarzy patrzy i nie dam rady rocznemu dzidziusiowi. Po drodzę wpadłam na pomysł, że wstąpię po samochód( już mogłam), ale spotkałam Ankę i Arturka. i znowu wróciłam na piechotę:) Mateusz wszedł równo ze mną, był dziś w delegacji. Na rękach trzymał małego ,przestraszonego króliczka z wielką kokardką i maleńką karteczką. "Dla mojej miłości i najlepszego przyjaciela". Jak już mówiłam- Jakiż on potrafi być wspaniały!
5. Halina z Ostrowca
Pobudka jak zwykle bolesna. Podczas snu chociaż nie czuję się fatalnie. Zaczynać dzień od mdłości i wymiotów..jej, jak długo jeszcze. Śniadanie powinnam zjeść, ale na myśl o jedzeniu ciarki mi przechodzą. Musze zapomnieć o ulubionych bułeczkach i salami. Wyciągam pieczywo ciemne jak ciało Murzynki, ale o ile mniej smaczne od chrupiącego chlebka...marze o kawie, ale jej tez mi nie wolno. Po śniadaniu ogromny dylemat-w co się ubrać. ulubione spodnie za ciasne, czerwona bluzeczka za lekka, a teraz trzeba dbać o siebie. To najgorszy moment każdego dnia. Praca Dzięki Bogu lekka, przerwana ciągłymi pobytami w toalecie. Bo albo siku, albo wymioty. Byle do 15-tej i można zaszyć się w domku, na kanapie i przewegetować w łóżeczku do wieczora. Mogłabym ugotować mężowi coś dobrego, ale zapachy kuchenne powodują burzę w moim organizmie. Może poczytam? I zrobię sobie pysznej, owocowej herbatki. Kręci mnie w nosie. Normalnie wzięłabym scorbolamid, ale teraz muszę o nim zapomnieć. Zamykam więc szczelnie okna i wygrzewam się z herbatką. Przychodzi mąż i siada obok z komputerem. Katem oka patrzę, czy nie patrzy na mnie z przerażeniem, że znowu lezę, ale nie, uśmiecha się czule. Wszystko w porządku. Dochodzi dwudziesta, czas na kąpiel. Przed lustrem patrzę na moje powiększające się rozstępy i żylaki. Nie mam sposobu, aby się ich pozbyć. trudno. Napuszczam wody do wanny i zanurzam się w aromatycznej pianie. Myślę o jutrzejszej wizycie u lekarza. Znów ze strachem będę wchodzić na wagę. Ostatnio było już 65 kilogramów!!! A potem na ekranie usg zobaczę te maluteńkie raczki i maluteńkie nóżki osóbki, która uczyniła mnie kobieta szczęśliwa i akceptującą siebie mimo przybywających kilogramów, wypadających włosów i krwawiących dziąseł. A jeszcze 3 miesiące temu nie uwierzyłabym w cos takiego....
6. Ewa z Gdańska
Ja, to ja! Nie ma takiej drugiej osoby! jestem niepowtarzalna i to jest fantastyczne. Fantastyczna jest moja dziwność i nienormalność. |świetne jest to, że myślę zupełnie co innego o nowym sąsiedzie przyjaciółki, niż ona i fajne jest to, że ten sam spektakl teatralny odbieram inaczej niż mój facet, bo mamy o czym gadać. Jest tyle różnych zdań ile różnych ludzi. I to piękne ja powiem tyle: jestem taka jaka w danej chwili powinnam być: -w pracy uległa prawie do końca w stosunku do przełożonych - w domu kochana czasem nieznośna dla męża i dzieci - na co dzień wesoła i smutna - w życiu taka jak muszę, tylko niekiedy taka jak chcę Jestem jaka jestem choć czasami zaciskam zęby bo jestem taka jaka być nie chcę . Bo tak już to nasze życie skonstruowano że nie często można naprawdę być sobą. Być wolnym od nakazów, zakazów, reguł, zależności i powinności - niemożliwe . Myślę że każdego coś ogranicza , a to, CO to dusi zabiera każdemu jego ja. Mino wszystko akceptuje siebie i jest mi w życiu dobrze i chyba nie chodzi tu o pieniądz , super szmatki czy super figurę to rzeczy uboczne których nikt nigdy nie będzie miał zanadto , to tylko tło do każdego JA.
7. Magdalena z Warszawy
Krótka chwila i uciekam z objęć snu i czułych ramion na powitanie kolejnego dnia. Słońce delikatnie muska mnie po twarzy a budzik niecierpliwie dzwoni. Czekam jeszcze chwilkę, rozciągam się i jestem już w łazience. Włosy poczochrane, jakiś pryszcz (doczekam tego momentu, gdy już nie będę musiała obserwować dojrzewania kolejnych?). Jestem. Potem kawa i powitanie H. Czułe słowa, przytulenia... wszystko na co pozwala poranek. Odrobina miłości, żeby starczyło na długie godziny nie bycia razem. Potem podróż do pracy. A wcześniej śniadanie - coś szybkiego, zdrowego i pożywnego. I praca. Osiem godzin z ludźmi na pozór obcymi, z dokumentami na pozór nieważnymi. Osiem godzin ze sobą i swoim zmaganiem z obowiązkami. Na usłyszenie pięknych historii przy kawie, na którą trzeba znaleźć czas. Praca, zaś realizacji zawodowej, czas wysiłku i satysfakcji z sukcesów. Czas, dzięki któremu mam z czego żyć. I dzięki któremu pędzę do domu, żeby znów być blisko H., on czeka, wspólne zakupy, 20 minut na opowieści o pracy, wspólne gotowanie obiadu. I wspólny posiłek. Może się zdarzyć mała sprzeczka, kto pozmywa, ale to taka szczęśliwa wymiana zdań. Czas odpoczynku. Przytulam się do H., głaszcze mnie po głowie, rozmawiamy, śmiejemy się, planujemy. Przytulamy się mocno. Jesteśmy razem. Razem szczęśliwi. I czas książki musi być obowiązkowo. Może będzie jeszcze wspólny film. Jaki? Ustalimy razem. I usłyszę: "Kochanie, zrobisz mi kolację?". Pewnie, że zrobię, ale niech ładnie poprosi. Sama nie jem, może jabłko, pomarańczę. Wolę trochę pogimnastykować się. Pobawię się z ciałem. Na koniec dnia aromatyczna kąpiel, zaopatrzenie ciała w kremy i balsamy i sen. Łóżko zawsze czeka. No może na sen za szybko... Jutro znowu obudzi mnie słońce! Magda
8. Marta z Radomska
Wstaję rano, uśmiechnięta, cała, zdrowa, wypoczęta. Z entuzjazmem się ubieram, jem śniadanie, kurze ścieram, robię pranie i gotuję, lecz świetnie się z tym czuję. Po tych przyjemnościach miłych, wciąż z energią, pełna siły, do pracy biegnę z radością, by sprostać służbowym trudnościom. W pracy bije ze mnie siła, bo szefowa bardzo miła. I aż rwię się do roboty, siódme na mnie biją poty. Tuż po pracy gnam do domu i nie mówiąc nic nikomu potajemnie, po kryjomu, robię znów porządki w domu. Po południu spaceruję, robię pompki i trenuję, biegam, no a po ćwiczeniach odpoczywam od niechcenia.:) Tak mi mija cała doba, ale mi się to podoba. Cieszę się, że lubię siebie i czuję się ze sobą jak w niebie...
9. Agata z Wrocławia
Dzień z życia kobiety szczęśliwej ... hmmm. Budzę się co rano z uśmiechem na ustach i radością w sercu wiec myślę sobie, że chyba mogę Wam opowiedzieć jak wygląda mój dzień. Jest taki zwykły, a ja potrafię zobaczyć w nim magię. Pewnie dlatego, że nauczyłam się akceptować siebie i świat takim, jaki jest, za wszystkimi wadami i niedoskonałościami - po prostu mój świat, moje życie, moje ciało, moje serce i umysł. I moją miłość nie zawsze prostą i oczywistą.
Cóż, zaczyna się od przeraźliwie irytującego budzika. Zazwyczaj dzwoni po 7. Moje Słońce nastawia go tak, by budził mnie do upadłego. Jeszcze w półśnie co rano dostaję słodkiego buziaka - takiego na dzień dobry. Moje Słońce wybiega bez śniadania do pracy. Tak rozpoczęty dzień nie może być zły. Kot biega za mną- łazienka, kuchnia, pokój, balkon, szafa. Dostaje kilka łyżek psiej karmy i mam spokój.
Rano zawsze jestem spóźniona. Zawsze wstaję za późno. Eh to łóżko rano jest takie ciepłe, miękkie i wygodne. W pośpiech pakuje plecak. Portfel, telefon, jakaś gazetka do autobusu. Koniecznie coś słodkiego. Zaraz, zaraz, moje Słońce już o to zadbało. Oprócz tego obowiązkowo kanapka. Bez niej umarłabym z głodu. Biegiem na przystanek. Moje błagalne spojrzenie kruszy serce kierowcy autobusu, który już za przystankiem otwiera mi drzwi. Zdyszana zajmuję miejsce na podwyższeniu pod oknem. Wyjmuję gazetę, ale oczy same mi się zamykają. Czeka mnie godzinna drzemka. Przejechałam swój przystanek. Kurcze już trzeci raz w tym tygodniu. Może zacznę pić rano kawę? Pomyślę. Biegiem do pracy. Za przejściem dla pieszych, koło stoiska z góralskimi produktami dobiega mnie dźwięk smsa "Już za Tobą tęsknię. Jeszcze tylko 8 godzin i znów razem. Czekam na tę chwilę" Ja też czekam i też chcę do mojego Słońca. Uśmiecham się szeroko. I jakoś tak się dziwnie składa, że robi się cieplej, przyjemniej i chmury znikają z nieba. Pędzę do pracy. Do 12 jest jeszcze dobrze, potem czas zaczyna biec strasznie powoli. Jeszcze chwilka i zadzwonię do Słońca zapytać jak mu mija dzień. Szybki obiad, dwie herbatki, 47 telefonów, 53 maile, kilka służbowych spotkań i zegar wskazuje godzinę 16. Krótkie "cześć" powiedziane w biegu współpracownikom i pędzę na przystanek. Tam czeka moje Słońce. Dopiero teraz zaczyna się dzień. Uwielbiam swoją pracę ale nie chcę nią żyć. Wychodząc z budynku zapominam o nie podpisanych umowach, spóźnionych terminach, reprymendzie od Dyrektora. Idę do tego co naprawdę w życiu ważne. Do spokoju, ciepła, bezpieczeństwa, do domu, w którym pachnie miłością, w którym telewizor gra non stop, kot śpi w czystej pościeli razem z nami a w szufladzie biurka jest zawsze dużo słodyczy, które zjadam bez opamiętania i bez wyrzutów sumienia.
Słońce nie chce jechać do domu. Chce spacerować. Pomimo zmęczenia, bólu pleców i burczącego żołądka zgadzam się bez zastanowienia. Moje Słońce to taki mały "Jaś Wędrowniczek". Idziemy na długi spacer, W Galerii koniecznie trzeba kupić lody, ja wybieram zielone jabłko i cookies. Moje Słońce czekoladę i jogurtowe. Tych ostatnich nie znoszę. Idziemy przed siebie opowiadając wszystko co ważne i nieważne - jaki był rano korek na Psim Polu, jak smakował kisiel winogronowy, jak Kaśka przysłała smsa z zaproszeniem na imprezę, jak kot wskoczył na parapet, jak się popsuła lodówka, jak babcia się źle czuje, jakie filmy grają teraz w kinie. Tak mija całe popołudnie. A autobusie do domu morzy mnie sen. Taką już mam przypadłość komunikacyjną. Kładę głowę na kolanach mojego Słońca i dopiero delikatny dotyk dłoni oznajmia mi, że pora wstawać. Po drodze czekają nas jeszcze zakupy w osiedlowym sklepiku. Poproszę pół chleba, masło, mleko 2%, loda z galaretka, pięciolitrową wodę nie gazowaną, jeden jogurt, 10 dekagramów białego półtłustego sera. Ach jeszcze trochę tych pysznych ciastek ze słonecznikiem. No i niech będzie dla równego rachunku paczkę solonych chipsów. Rachunek zapłacony. Teraz idziemy już prosto do domu. Padam ze zmęczenia na łóżko. Kot nie daje spokoju. Usypiam. Tylko 25 minut. Na stoliku czeka herbata z cukrem i malinowym sokiem. To najlepsza herbata na świcie. Wypijam ją duszkiem. W domu rozchodzi się zapach świeżo zaparzonej kawy. Słońce ogląda wiadomości. Dziś nie gotujemy, zjemy tylko kanapki. Teraz już tylko ja, Słońce i nasza nowa kanapa. No i jeszcze kot. Pod kocykiem przytuleni popadamy w błogostan nieporównywalny z niczym innym. Nigdy i nigdzie indziej nie jest tak dobrze. Na dworze powoli milkną odgłosy codziennej bieganiny. Zmęczenie daje o sobie znać. Pada propozycja kąpieli. Oczywiście wspólnej. Dużo piany i świec. Może lampka wina. Wtuleni w siebie, przy dźwiękach muzyki usypiamy szczęśliwi, by jeszcze bardziej szczęśliwi obudzić się następnego poranka. Obiecujemy sobie, że następne popołudnie spędzimy bardziej aktywnie, pójdziemy na basem, do kina albo na kręgle. W rzeczywistości pewnie się nie uda, znów dopadnie nas zmęczenie lub lenistwo. A my jak co dzień odnajdziemy w szarości codziennego dnia i zwykłego bycia razem magię i wszystkie kolory tęczy.
10. Justyna z Krakowa
6.00-POBUDKA.Czas wstawać. Odsłaniam zasłony. O moje koleżanki sąsiadki jeszcze śpią!! Jak co dzień pewnie znowu wstaną w samo południe wypoczęte i wyspane wyjdą w skąpym bikini na balkony i pozwolą by słonce opalało ich piękne ciała. A ja!! Na mnie już czas. Wstaję bo dzień jest zbyt piękny by go przespać a czasu zbyt mało by go marnować wylegując się w łóżku.
6.15-ŚNIADANIE-lekkie, pyszne takie jak lubię. Włączam radio. Lecą moje ulubione piosenki. Podśpiewuję sobie, poruszam się w rytm muzyki, relaksuję się delektuję się smakiem pysznych maślanych bułeczek i soku pomarańczowego. Moje dzieci jeszcze śpią. Wiem, że mogę sobie pozwolić na odrobinę luksusu. 6.30-PRYSZNIC-taki jak lubię na zmianę zimny, gorący. On pobudza mnie do życia. Eteryczny pachnący żel do kąpieli spływa po moim ciele. Rozgrzewają się zmysły. Po kąpieli obowiązkowo ujędrniający balsam. Mężczyźni muszą wiedzieć że nadal jestem piękna a świat z podziwem patrzy przecież na zadbane Matki Polki. Patrzę na siebie w lustrze .....uśmiecham się do siebie!! Aż sama się dziwię. Nie mam figury modelki, na twarzy pojawiają się pierwsze zmarszczki a na głowie kilka już siwych włosów. Ale uśmiecham się do siebie i wiem że to będzie kolejny cudowny dzień.
7.00-PORANNA GIMNASTYKA.O niej nigdy nie zapominam. Wiem jak ważny jest ruch a dzisiaj pójdę pobiegać. Tak pięknie świeci słońce...
7.30-DOMOWA POBUDKA. Dzieci tak słodko śpią ale musze je obudzić. Inaczej spóźnią się do szkoły a ja do pracy. Biegnę przygotować moim pociechom śniadanko a one w tym czasie wskakują w ubranka.
8.00-W DRODZE DO SZKOLY. Może i śmiesznie wygląda 40 letnia kobieta idąca w podskokach do szkoły z dwoma plecakami na grzbiecie podśpiewująca i udająca biegnącego w galopie konia z dwójką dzieci obok siebie ale moje maluszki uwielbiają tą zabawę. Dzięki temu pokochały chodzić do szkoły a ja nauczyłam się dziecięcej spontaniczności i radości życia.
8.30-15.00 PRACA Jestem radcą prawnym. Pracuję w międzynarodowej firmie. Dzisiaj kolejny dzień ciężkiej pracy. Pracujemy na wysokich obrotach. Jeszcze mam kilku klientów. Potem długie godziny żmudnych negocjacji. Ale uśmiech nie znika z mojej twarzy. Jestem szczęśliwą kobietą. Mam cudowne dzieci, wspaniałych przyjaciół, dobrą prace. Cieszę się że mogę ją godzić z rodziną. Szef jest bardzo wyrozumiały, koleżanki i koledzy też. Ale na tą pozycję długo pracowałam.
16.00 WIELKI POWRÓT. Odbieram dzieci ze szkoły. Wracamy do domu. Jestem zmęczona ale moje maluszki mają już tysiące pomysłów na popołudnie. Kino , teatr, zoo, łyżwy...A ja im przecież nie odmówię. Wracamy do domu. Gotuję obiad, odrabiamy lekcje, jemy a potem wyruszamy w miasto. Park wodny a potem wesołe miasteczko. Moje dzieci nigdy się nie męczą. Jeżdżę z nimi na kolejkach wysokogórskich, boję się chyba bardziej niż moje pociechy bo wrzeszczę w niebogłosy a oni śmieję się z Mamusi:) Chwytają mnie za rękę gdy schodzimy i szeptają "nie bój się pojedziemy jeszcze raz a potem pójdziemy do tunelu gdzie straszy". W drodze do domu oczywiście naciągają mnie na duże porcje lodów i ciasteczka do domu. Kupuję wszystko jak leci. Chcę żeby moje pociechy były szczęśliwe i miały udane dzieciństwo .Może to nie najlepszy sposób ale chce im jakoś wynagrodzić fakt że czasami mam mniej czasu dla nich. 21.00-OSTATNIE PODRYGI DNIA wracamy do domu. pomagam dzieciom w kąpieli potem razem rozbieramy łóżeczka kilka minut i moje pociechy już słodko śpią a ja zabieram się do pracy. 22.00-sprzątam mieszkanie 23.00-gotuję obiad na następny dzień 23.30-przeglądam służbowe zadania na kolejny dzień. Piszę kilka pism których już nie zdążyłam napisać w pracy. 24.30-relaksująca kąpiel w wannie. Po całym dniu tutaj najlepiej odpoczywam. Olejki świetnie działają na zmęczone ciało.
1.00 CZAS SPAĆ już leżę w łóżku. Pościel pięknie pachnie. Jestem taka śpiąca. Myślę o moich dzieciach. o tym jaka jestem szczęśliwa. Zasypiam...
11. Zyta z Siedlec
Narodziny pierwszego dziecka wspominam dobrze. Zdecydowałam się na znieczulenie zewnątrzoponowe, więc musiałam znieść tylko pierwsze skurcze. Po podaniu leku ból zupełnie minął. Niestety nie czułam też skurczów partych. W dodatku poród zakończył się użyciem próżniociągu. Przyznam się, że miałam potem jakieś dziwne uczucie niedosytu... Nie umiałam tego wyjaśnić ani zrozumieć do chwili, gdy urodziłam córkę. To była jedna z piękniejszych nocy w moim życiu. Od chwili przyjęcia do szpitala do momentu, gdy pierwszy raz przytuliłam maleńką, minęły tylko trzy godziny! Cały czas był przy mnie mąż, opiekowały się nami cudowna, ciepła pani doktor Renata i niezwykła siostra Basia. Anestezjolog podał mi znieczulenie chyba już w ostatnim możliwym momencie. Na szczęście szyjka nadal rozwierała się szybko. Mimo znieczulenia zewnątrzoponowego cały czas czułam skurcze. Znacznie mniej bolesne, ale czułam. I byłam z tego powodu szczęśliwa. Mogłam świadomie, ale bez przeszywającego bólu wszystko przeżywać! W pewnym momencie skurcze zmieniły się w parte i szybko na moim brzuchu pojawiła się skulona, maleńka istotka. Cichutko kwiliła. Przytuliłam ją, zaczęłam do niej mówić, ona zamilkła i jeszcze mocniej się we mnie wtuliła. Pierwsze wrażenie? Jaka ona jest drobna! Jak bardzo ją już kocham! Marcin przeciął pępowinę. Chociaż to jego drugie dziecko, robił to pierwszy raz! Był szczęśliwy i dumny. Kiedy jeszcze Jagódka leżała na moim brzuchu, słyszałam, jak położna pobierająca krew pępowinową powiedziała, że wszystko jest OK. Rzeczywiście "zabieg" jest bezbolesny. Jakieś dwa tygodnie po porodzie dostaliśmy list z Polskiego Banku Komórek Macierzystych. Po przebadaniu krwi okazało się, że jest bez bakterii, wirusów. Teraz będzie bezpiecznie przechowywana w specjalnych laboratoriach. Jest cenna jak skarb. Może uratować życie. Moich dzieci lub innych. Pierwsze godziny i dni po narodzinach córeczki też były zupełnie inne niż po przyjściu na świat synka. Maleńka była takim noworodkiem, o którym do tej pory tylko czytałam. Dni i noce mijały jej na spaniu. Ssała bardzo ładnie. Ja byłam przekonana (nie wiem dlaczego?!), że tym razem obędzie się bez problemów z karmieniem. I tak było. W czasie pierwszego nawału masowałam piersi, robiłam okłady. Moja kruszynka ślicznie rosła. Niestety po jakichś dwóch, trzech tygodniach zaczęły się kolki. Ale podeszłam do tego dużo spokojniej niż wtedy, gdy całymi wieczorami płakał maleńki Kacper. Zadziwiająco dużo spokoju udało się nam zachować w tych dniach. Kacper na pewno bardzo przeżył narodziny siostrzyczki, choć ani razu nie widziałam, by był szczególnie zazdrosny. Odwiedził nas z tatą, gdy jeszcze byłyśmy w szpitalu. Płakałam, gdy patrzyłam, jak próbuje ją pocałować. Gdy przyjechałyśmy do domu, Kacper dostał od Jagody maskotkę. Wszyscy staraliśmy się go "dopieścić". Teraz, kiedy Jagódka płacze, pierwszy biegnie do niej brat. Dziś jestem szczęśliwa, patrząc na moje maluchy. I wcale nie bardziej zmęczona niż wtedy, gdy byłam mamą jednego dziecka. Jak to możliwe? Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
12. Iwona z Łodzi
Ja, no cóż, taka sobie kobieta
Jedna wśród wielu, jak pisze poeta
Czy wyjątkowa, któż to wie
Choć chciałabym, czemu nie.
Mój dzień:
Jak co dzień rano kawa i szybkie śniadanie
Później przedszkole moje drogie Panie
I praca, która buduje nas, nie wzbogaca
Chleb i masło w małym sklepiku
Szybko, bo Zuzi chce się siku...
Obiad, herbata, zabawa na dywanie
Żadne tam u fryzjera przesiadywanie
Żadne ploteczki, czy seriale
Nie ma na to czasu wcale
Małe szaleństwa: dobry krem, pomadka słodka
Nie, żebym była od razu idiotka
Ale lubię...
Ja matka, żona, kobieta
I to jest właśnie moja zaleta?
Tak. Jestem i chcę nią być
Choć czasem trudno, kocham tak żyć!
13. Katarzyna z Gorzowa Wielkopolskiego
Od rana miałam świetny nastrój. Bardzo lubię sobotnie przedpołudnia. Mąż wtedy jest w pracy, dzieci przeważnie na dworze i mam czas tylko dla siebie. Tego dnia musiałam jechać z synem do okulisty do centrum miasta. Zadzwoniłam po taksówkę i pojechaliśmy. Marek wszedł do gabinetu, gdzie miał mieć naświetlane oczy. Zabieg trwa kilkadziesiąt minut, więc poszłam z młodszym dzieckiem na spacer po sklepach. Kupiłam pyszne ciasto do kawy, którą uwielbiam i ładnie pachnący krem wyszczuplający, co jeszcze bardziej poprawiło mi humor. Gdy syn wyszedł od okulisty, poszliśmy na postój taksówek. Jeździliśmy na naświetlania szósty dzień z rzędu. Do domu odwoził nas codziennie ten sam przemiły taksówkarz. Dziś go, niestety, nie było. Kazałam, więc wsiąść dzieciom do innej taksówki.
-Co się tak pani kręci po tym postoju? - zapytał mnie nieuprzejmym tonem taksówkarz, w wieku podchodzącym pod emerytalny.
-Szukałam znajomego, który nas codziennie wozi, ale go nie ma - odparłam wesoło i podałam naszą ulicę.
-Tak? To wysiadać! - zażądał.
-Proszę...? - mina mi zrzedła.
-Wysiadać!
Wysiadłam z auta i kazałam to samo zrobić dzieciom. Przez chwilę poczułam się bezradna. Na postoju nie było innej taksówki. Ostry ton taksówkarza sprawił, że do oczu nabiegły mi łzy.
-Mamusiu, jak my teraz wrócimy do domu? - zapytał zmartwiony młodszy synek i to sprawiło, że wzięłam się w garść. -Dam radę - odparłam. Raptem ogarnęła mnie wściekłość.
-Co pan sobie wyobraża?! - zawołałam do taksówkarza. -Pożałuje pan tego jeszcze! Zaczęłam spisywać numer boczny taksówki, co go strasznie zdenerwowało.
-Odejdź od mojego auta! - wołał kilkakrotnie, ale spokojnie dalej spisywałam wszelkie możliwe dane. Potem przez telefon wezwałam taksówkę innej korporacji. W domu napisałam mail do redakcji lokalnej gazety. Z pracy wrócił mąż ze swoim kolegą. Opowiedziałam im o niemiłej przygodzie. Byli zaskoczeni. -Daj sobie spokój, chamstwa nie wyplenisz - stwierdził mąż, gdy powiedziałam mu o mailu do redakcji. Jednak twardo stałam przy swoim. Nie zasłużyłam na takie traktowanie. Czułam, że nie miał prawa wyprosić mnie ze swojego auta. Nie uspokoiłam się, aż do poniedziałku. Rano odebrałam mail od redaktora lokalnej gazety. Zainteresowali się sprawą i chcieli ją opisać. Redaktor rozmawiał już z taksówkarzem i ten przyznał się do winy. Nie przeprosił, ale przyznał, że źle zrobił, a to już coś... Nazajutrz ukazał się artykuł w tej sprawie. Okazało się, że taksówkarz naprawdę postąpił niezgodnie z prawem i mogę podać go nawet do sądu. Nie podał swojego nazwiska gazecie. Ja tak. -I kto tu jest odważniejszy? - triumfowałam. Z gazetą w ręku poszłam na postój. Chciałam dać mu tę gazetę z życzeniami dalszych sukcesów zawodowych. To, oczywiście, ironia. Okazało się, że odkąd rozmawiał z redaktorem znikł z postoju. W gazecie wypowiedziałam się, że już nigdy nie wsiądę do taksówki tej korporacji. Teraz stało ich sześć. Drzwi pouchylane, za kierownicą znudzeni taksówkarze...-Poproszę taksówkę na postój taki ,a taki - powiedziałam przez telefon. Sześć taksówek, a ja stoję i czekam na inną... Taka jestem. Twarda i silna. Jeśli ten taksówkarz, widział we mnie tylko słabą blondynkę, która potulnie wysiądzie z jego auta i się rozpłacze, to się pomylił i to grubo. Do sądu nie pójdę, to już by była przesada. Jestem usatysfakcjonowana. Został ukarany. Ma nauczkę. Niechcąco stałam się bohaterką. Do dziś zaczepiają mnie znajomi i gratulują odwagi w walce z chamstwem. -Jestem z ciebie dumny - powiedział mi mąż, choć był przeciwny temu, żebym rozdmuchiwała tę sprawę. -Ale mu dałaś popalić - wspomina nieraz starszy syn. Cieszy mnie, że im zaimponowałam, ale i bez tych słów byłam szczęśliwa. Lubię siebie. Ot, cały sekret...
14. Daria z Tomaszowa Mazowieckiego
Wczoraj przeczytałam ciekawą książkę o odnoszeniu sukcesów...po co? Po to aby przekonać się jak inni w sposób teoretyczny to robią i porównać do siebie. Metody, każdy tylko radzi jak to robić. Czuć się kochanym, być lubianym, osiągać zamierzone cele... Mi do pewnych rzeczy pozwoliło dojść samo życie. Problemy, choroby które mnie otaczały...To one mnie wzmocniły. Kiedyś nie byłam taka jak dzisiaj. Kiedyś coś innego się liczyło, inne wartości doceniałam, ale przede wszystkim nienawidziłam siebie, swojego wyglądu, swojej niepełnosprawności, swojego charakteru. Dzisiaj wiem z czego to wynikało. Po prostu nie byłam akceptowana, a przede wszystkim siebie nie akceptowałam. Na całe szczęście weszłam w życie dorosłe. Już nie rodzice i Panie z Liceum były blisko mnie. Skończyły się ciągłe kontrole, ciągłe nagabywanie i...ciągły brak akceptacji. Poznałam cudownych ludzi (także mojego męża), otworzyłam się na świat, zaczęłam głośno mówić o swoich potrzebach, które kiedyś nie liczyły się dla nikogo, zaczęłam na siebie patrzeć przez różowe okulary a przede wszystkim zaczęłam przebywać z ludźmi, którzy po prostu mnie kochają:-) To dorosłe życie dało mi tak dużo szczęścia, tak dużo dobrego... Nie obarczam nikogo moim dzieciństwem. Jakie było takie było. Teraz jestem cudowną kobietą pod 30-stkę, szczęśliwą matką i uwielbianą żona. Jak to zrobiłam? Mam 1 sposób na to. Codziennie rano wstaję z uśmiecham i mówię do swojego odbicia lustrzanego; Daria jesteś cudowna, wspaniała i uwielbiana. Spróbujcie tego. Po miesiącu zobaczycie efekty
15. Wanda z Grudziądza
Mam 65 lat i dopiero rok temu byłam pierwszy raz u kosmetyczki. To było duże przeżycie, ale i smutne dlaczego tak późno, kiedy skóra zdradza mój wiek, na ratowanie jej może jeszcze jest szansa? Nauczyłam się podczas tego spotkania z "lekarzem" skóry twarzy więcej, niż w trakcie czytania i studiowania przepisów w czasopismach i na ulotkach załączanych do kosmetyków. Lecz najważniejsze są dla mnie słowa męża: "Dla mnie od 47 lat jesteś najpiękniejsza, masz szlachetne serce i takąż duszę, Uroda Twego ciała zachwyca mnie wciąż, ale będę się ogromnie cieszył ,jeśli Twoje naturalne piękno stanie się...piękniejsze dzięki kosmetykom i spotkaniom z kosmetyczką" Czy to nie wystarcza, by czuć się szczęśliwą bez względu na ewentualne usterki ciała? Pozdrawiam. Wanda F.
16. Janina z Braniewa
Jestem chyba najszczęśliwszą kobietą jaką moglibyście spotkać. Ja każdy dzień traktuje jak coś wspaniałego. Jestem po ciężkiej i długiej chorobie nowotworowej. Więc każdy dzień jest cudowny, a szczególnie gdy patrzę na moich synków 3 letniego Kamila i rocznego Piotrka. Więc nie opiszę Wam jednego dnia, bo wszystkie dni są dla mnie szczęśliwe. Zawsze akceptowałam siebie taką jaką jestem i to się nigdy nie zmieni. Wiem co piszę, bo dzięki akceptacji i niezwykłej sile woli cieszę się każdą chwilą.
17. Krystyna ze Stalowej Woli
8:15 jestem budzona pocałunkami i pieszczotami
8:30 ważę 2kilo mniej niż dzień wcześniej
8:45 śniadanie do łóżka - sok ze świeżych owoców
9:10 rozpakowuje zakupy, zrobione przez mojego partnera
9:15 gorąca kąpiel z olejkami eterycznymi
10 0 lekki workout w fintess-clubie z moim przystojnym
dowcipnym personal trainer
10:30 manicure, pielęgnacja twarzy, mycie włosów, odżywka do włosów
12 0 widzę ex-żone, sympatie mojego partnera i stwierdzam ,że przytyła 7 kg
13 0 shopping z przyjaciółmi, karta kredytowa bez limitu
15 0 drzemka popołudniowa
16 0 3 tuziny róż zostają dostarczone z karteczka od
tajemniczego wielbiciela
16:15 lekki masaż, miły, przystojny masażysta stwierdza, ze rzadko masował takie perfekcyjne ciało
17:30 przymierzam ubranka przed dużym lustrem i robię mały pokaz mody dla samej siebie
19:30 kolacja przy świecach dla 2 osób, następnie tańce i dużo
komplementów
22 0 gorąca kąpiel
22:50 zostaje zaniesiona do łóżka, świeża, wykrochmalona pościel
23 0 czułe pieszczoty
23:15 zasypiam w silnych ramionach
Ciekawe ile kobiet tak żyje?
18. Joanna z Lublina
Zaginiona i mało popularna receptura na kobietę szczęśliwą.
Kiedy wstaje ciepły ranek
Słońce lekko szczypie mnie w policzki na dzień dobry
A księżyc dopiero co pożegnał się leniwie
Komponuję moje rytualne menu na dziś:
Tak! Na śniadanie jak to zwykle we wtorki: odchudzam się ale niezbyt na poważnie!
Uszczknę tylko trochę ciepła z tych żółtawych promieni
Koloru loków mego śpiącego słodko synka,
Będę się śmiać tańcząc w myślach na plażach południa
Prawie spóźnię się do pracy rozsypując w łazience
Karminy, róże, pudrowe mgiełki i zapachy wanilii,
Jak ze świeżo pieczonych babcinych ciast.
Nikt nie będzie miał o to pretensji, nagle atmosfera stanie się magiczna;
A ja po cichutku, heroiczna królowa domowych pieleszy
I skrzętna robotnica w jednym: nie zdążę sprzątnąć, uprać, ale zdołam ukoić poranną panikę.
Jakby mimochodem zrobić się prawie na bóstwo,
Wyprawić Ciebie do pracy a dzieciaki do szkoły, kupić bułki
Niech wyglądają tak, jakby wyszły wprost spod ręki piekarza artysty!
Dziś wybieram bycie zwyczajną żoną i matką.
A potem przychodzi na palcach dzień upałem i potem południa
Powietrze unosi się ciężko nad głowami pełnymi niespełnionych wakacyjnych marzeń
W chmurach pracujących biur plącze się po kątach rutyna i monotonia
Ale ja mam się świetnie! Po czwartej kawie jest mi rześko, jest mi zielono!
Pachnie mi imbir, lekkie korzenne woreczki niczym talizmany zamorskie
Noszone w torebce dla ochłody i umiłowania estetyki przez stare Japonki. I mnie.
Przenoszę góry. Mam siłę, wiedze, chęci i czas.
Nie szkodzi, że to on dostał podwyżkę i awans a nie ja.
Zawiść- w żadnym wypadku. Rywalizacja- też nie w moim stylu.
Nie radzi sobie ale przecież równy z niego gość...
Biwaki w przerwie na lunch z konieczności zamieniam na grę w statki
jak zwykle z Panem Kaziem (już prawie na emeryturze).
Pachnie nam morska bryza prawie tak mocno jak z czasów
Gdy moje włosy były prawdziwie czarne. Ale w siwych też mi będzie do twarzy.
Nie ma już takich bryz, lecz ich wspomnienie zostaje na zawsze.
Bawiąc się w podchody z szefem jak starzy Indianie.
Tropiąc niestrudzenie setki notatek, liczb, wyciągów, małe smutki, i małe radości
Wybieram bycie dobrym przyjacielem.
Wyjdę z pracy w podskokach i popędzę do domu co sił
Po drodze jabłonie obsypią mnie pocałunkiem płatków,
Małą, słodką namiastką innych pocałunków.
Owinę wiosennym aromatem, niczym sprzed burzy stulecia.
I marzą mi się znów nasze czułe spacery i szepty,
Widzę tak jak dziś Twe oczy tak uporczywie we mnie wpatrzone
I przestał mieć w końcu znaczenie niepowstrzymany upływ lat, napływ niepotrzebnych zmarszczek, kilogramów;
Co dzień czeka mnie romantyczny wieczór nawet gdy nie jest we dwoje:
Będę obserwować zaloty świetlików do księżyca w pełni
Pałaszując szarlotki, pijąc domowe wino, oglądając nasze fotografie
Przymierzając na niby sukienki z modnych żurnali sprzed lat.
Wszystkie szepty, powiewy, mrok zagajników brzozowych
Zagarnę tylko dla siebie w tym maleńkim pokoju,
Pełnym wspomnień, marzeń, uśmiechów, niepotrzebnych rzeczy,
Których nigdy nie będę mieć odwagi wyrzucić
Bo po prostu je kocham, gdyż są częścią mnie i mojej własnej historii.
Z czarodziejskiej księgi stereotypów mojego dzieciństwa
Z pamiętnika Tylko Jednego Dnia
Zawsze wybieram bycie sobą.
19. Honorata z Radomyśla
Mój zwykły dzień
Dziś powiedzieć chciałam wam ,że 18.07.2003 śliczny synek urodził się nam!
Gdy pierwszy raz go ujrzałam to z wrażenia oniemiałam ;-))
I choć przyznam, że na początku nie było mi łatwo to muszę powiedzieć wszystkim, że dziecko naprawdę mieć warto!
Chociaż mój poukładany świat przekręcił się do góry nogami i choć często nie spałam nocami to czas szybko ucieka Wiktorek rośnie i jest to ogromna pociecha.
Ja mam na imię Honoratka myślę, że dzielna jest ze mnie żona i matka ;-)),i w swym synku zakochana biegam wokół niego od samego rana.
Wiktorek jest przebojowy z nim zaczęłam żyć od nowa! Bawimy się z nim jak dzieci w Kosi Łapci, Kiziu Miziu, Akuku jeździmy na spacerki i kochamy wspólne kąpielki. Wiktorek to dla mnie "podmuch wiatru w żagle" z nim co rano (6 rano )rodzimy się do życia nagle;-) Wiktorek nasze codzienne smutki odsuwa w cień z nim lepszy jest każdy kolejny dzień! Słowem tym z wami dzisiaj się dzielę gdyż DOVE jest mym ogromnym przyjacielem!!! PS; Mieszkam z teściową a w domu ona jest królową więc gdybym kosmetyki od DOVE wygrała to może teściowa by lepszym okiem na mnie spojrzała ;-))
20. Joanna z Gdańska
Poniedziałek. Nie cierpię poniedziałków! - chciałoby się powiedzieć niczym Garfield, ale... ja lubię poniedziałki; nie wszystkie, ale większość lubię. Budzik zadzwonił jak zwykle o 7:10. Właściwie nie jest to typowy budzik, bo taki prawdziwy babciny przestał działać, a chęć kupna nowego przegrała z zakupem książki; u mnie to normalne. Chociaż w zeszłym miesiącu zamiast budzika kupiłam tusz do rzęs. Najśmieszniejsze jest to, że rzadko maluję oczu, ale prawdziwa kobieta tusz mieć powinna, bo co będzie jak zechce pomalować rzęsy, a nie będzie miała tuszu? Tak sobie tłumaczę; niezbędne; zakupy kosmetyków. 7:10 - o tej godzinie powinnam wyskoczyć z łóżka i pędzić do łazienki. Z tym pędzeniem nigdy mi nie wychodzi, bo jestem śpiochem, ale kiedy dzwoni budzik w telefonie komórkowym, wiem, że muszę wstać. Poza tym zwierzak już zdążył wskoczyć na łóżko i liże mnie po nogach. Zwlekam się z łóżka i idę na boso do kuchni, żeby pokroić mięso dla fretki. Napełniam jej miseczkę i wskakuję do łazienki pod prysznic. Łącznie z ubraniem się zajmuje mi to wszystko 15 minut. Punktualnie o 7:25 wybiegam z domu. Na przystanku czeka na mnie kolega, który jeździ do pracy samochodem i zabiera mnie po drodze. Kolega patrzy na mnie jakoś dziwnie. - Słuchaj - mówi; co ty masz za spinkę we włosach? O kurcze!, śmieję się zerkając w lusterko. Zapomniałam odpiąć dziecinną spineczkę, którą przytrzymuję podczas mycia twarzy opadające włosy. Odpinam spinkę i chowam do torebki. - Prawdziwa kobieta, niczym się nie przejmuje; słyszę. Dojeżdżamy do biura. Odbieram u ochrony gazety. - Ale ładnie pani dziś wygląda; u.śmiecha się młody ochroniarz. - Co ty gadasz ; szturcha go kolega; nasze słoneczko zawsze ładnie wygląda. Przesyłam obu uśmiech numer 5, życzę miłego dnia i wbiegam po schodach na pierwsze piętro. Do godziny 16 jestem uziemiona w biurze. Papiery, rozliczenia, itp., cięgle ktoś dzwoni. W międzyczasie zerkam na forum. Znowu ktoś się kłóci. Próbuję załagodzić awanturę; w końcu jestem moderatorką. Kolega stawia mi na biurku kubek z parującą cynamonową herbatą. Miło z jego strony. Dobrze mam z; moimi; chłopakami. Jedyna kobieta w biurze, więc trochę rozpuszczana przez facetów. Zawsze zauważą nowy ciuch czy nawet taki drobiazg jak kolczyki. I czasem powiedzą że wyjątkowo ładnie wyglądam. Staram się szybko skończyć sprawy firmowe, żeby móc porozmawiać przez Internet ze znajomymi z drugiego końca Polski. Dochodzi 16. Biorę torbę, zmieniam buty na obcasie na adidasy i biegnę na przystanek tramwajowy. O 17 powinnam być u koleżanki, bo razem idziemy na trening. Za pięć piąta wpadam zziajana do niej do biura. Pijemy herbatę, trochę rozmawiamy i wychodzimy do klubu. Po godzinie jestem cała zlana potem, ale psychicznie wypoczęta i zadowolona. Dziewczyny katują się żeby schudnąć, ja w sumie też powinnam, ale trenuję dla przyjemności. Widoczne efekty treningów też jakieś są, ale nie takie jakich normalnie oczekują odchudzające się koleżanki. Dla mnie to jest jednak sprawa drugoplanowa, bo w końcu po wielu bojach nauczyłam się akceptować siebie, taką, jaka jestem. Mąż koleżanki odwozi nas do domu. To miłe, zwłaszcza, że zależy nam obu na jak najszybszej kąpieli. Zwierzak czeka na progu. Cieszy się, że wreszcie wróciłam. Trochę narozrabiała. Nasiusiała obok kuwety, więc trzeba sprzątnąć zanim przyjdzie mój mężczyzna. Przebieram się szybko w; ciuchy do sprzątania; kiedy otwierają się drzwi i wchodzi On śmieje się od progu i mówi: - Nawet taka spocona i w wyciągniętej koszulce ładnie wyglądasz. Na pewno nie jak Miss Polonia - mruczę pod nosem i zaczynam się śmiać. Biegnę do łazienki, biorę prysznic, myję włosy i słyszę pukanie do drzwi. - Zrobisz coś na kolację, czy ja mam zrobić?; pyta mój mężczyzna. - Zrobię, przekrzykuję lecącą z kranu wodę. Mam dobry humor, to i chętnie przygotuję coś do jedzenia. Jemy kolację, mój facet jedzie po cos do pracy. Wyciągam książkę, żeby trochę poczytać, ale zwierzak chce się bawić. Zabieram go i siadam do komputera, bo słychać charakterystyczny dźwięk informujący, że przyszła nowa wiadomość. O! Odezwał się mój najlepszy przyjaciel. Dzieli nas ponad 1400 km, ale to nam specjalnie w przyjaźni nie przeszkadza. Zagadaliśmy się, jest już późno. Piszę mu, że muszę iść spać, bo będę fatalnie wyglądała niewyspana; Fatalnie nie wyglądałaś nawet jako dziewczę ze złamanym nosem. Poza tym ładnemu we wszystkim ładnie. Wyskakuje na monitorze odpowiedź. Z wrodzoną skromnością powiem Ci, że wiem. A tak w ogóle to jestem szczęściarą, takie komplementy to rzadkość, ale jednak mimo wszystko pójdę spać. A historia z nosem jest stara jak świat. odpisuję śmiejąc się na cały głos, bo to faktycznie było bardzo dawno kiedy byłam nieznośną chłopczycą. Dopisuję wirtualnego całusa. Nastawiam budzik na 7:10 i idę spać. Jutro będzie nowy dzień, mruczę prawie już przez sen do wskakującej na łóżko fretki. Liże mnie w ucho i idzie spać do siebie.
21. Marzena z Kobylnicy
Obudziłam się z bólem głowy i od razu miałam zły humor. Do tego wszystkiego przyczyniła się brzydka pogoda za oknem, dom wyglądał jakby nawiedziło nas tornado, lodówka pusta, żeby tego wszystkiego było mało miałam w pracy pełne ręce roboty. Po 14 zadzwonił mój przypominasz w telefonie przypominając mi o wizycie u ULI, już dwa razy przekładałam, i musiałam w końcu do niej iść. Zrobiłam zakupy, poszłam do fryzjera i na 18 udałam się do niej. Ula to moja przyjaciółka i moja ginekolożką. Zanim zaczęła mnie badać, pogadałyśmy, oplotkowałyśmy wszystkich i nic nie zapowiadało tego co się wydarzy. Te słowa słyszę do dziś "MARZENKO, BĘDZIESZ MAMĄ, GRATULUJĘ". Nie pamiętam jak dojechałam do domu, jak wyszłam i jak powiedziałam to mojemu mężowi. Pamiętam, jedynie jak się cieszy, jak krzyczy i piszczy z radości... A ja? Trochę musiało minąć, abym zrozumiała co się stało. A teraz? Już nie mogę doczekać się rozwiązania...
|